sobota, 8 listopada 2014

Like A rolling Stone - Part 16


Perry siedział zdezorientowany na białej sofie i wpatrywał się w miejsce, gdzie przed chwilą za drzwiami zniknął Bach. Wydawało mu się, że blondyn dał mu w twarz. Co on powiedział? Że Rosie jest tutaj? Że w domu? Że teraz? Niemożliwe. Przecież ona jest... Chwila! Którego dzisiaj w ogóle jest?! Szybko odłożył gitarę, wstał i popędził do kuchni, gdzie jeszcze niedawno był kalendarz. Gdzie to kurwa jest?!, pytał sam siebie, przerzucając wszystkie przedmioty leżące na blacie. Mógł przysiąc, że dwa dni temu gdzieś go widział. Same butelki, zdjęcia, kartki z chwytami, ale ani śladu kalendarza. Porozrzucał wszystko wściekły, po czym wrócił do punktu wyjścia i włączył telewizor. Jakiś pojebany serial, obyczajówka i w końcu trafił na wiadomości.

- O, kurwa - mruknął, patrząc się w prawy górny róg. To było dzisiaj. Tego dnia Rosalie wychodziła z odwyku, a on zapomniał! Tak po prostu. - Ja pierdolę...

Stał jak idiota w miejscu i gapił się w ekran, próbując zebrać myśli, gdy usłyszał odgłosy krzątania się na piętrze. Chwila. Przecież ten zjeb Bach powiedział, że ona już przyjechała. Ale nie mówił, że wróciła do domu. No, a kto by go wpuścił, zjebie jeśli nie ona!, wydarł się na siebie w myślach i pobiegł, żeby sprawdzić kto był sprawcą tego zamieszania. Serce podskoczyło mu do gardła, gdy myślał, że zaraz ją zobaczy. Jezu, ile to już czasu? Zdecydowanie za długo. Bał się spotkania z nią, ale jeszcze bardziej przerażała go myśl o tym jak ona zareaguje na niego. Na pewno wiedziała, że nie był jej wierny przez czas detoksu. Jakoś specjalnie tego nie żałował. Kobiety, z którymi sypiał w niczym nie przypominały dziewczyny jaką była Rosie. Nie chodziło nawet o to, że była jakaś niesamowita w łóżku czy coś. Miała do tego dryg i niesamowicie potrafiła wyczuć moment. Wiedziała co i kiedy chciał. Ale nie tego szukał u innych. Czasem chciał się przytulić do którejś i poczuć ten znajomy zapach. Albo po prostu popatrzeć na nią jak śpi. Lubił się pieprzyć. Nie zaprzeczał. Ale czasem chciał się też kochać. A te wszystkie napalone dziewczyny, które robiły się mokre na sam jego widok chciały się tylko pieprzyć. Przypominając sobie, skąd wrócił, wytarł szybko szyję, starając się zmazać jakiekolwiek ślady szminki. Zapachu nie było szans się pozbyć, ale miał nadzieję, że przynajmniej jego większa część już wywietrzała. 

Krzątanie się dochodziło z sypialni. Perry poprawił kamizelkę, sprawdził czy nie zostało więcej znaków po blondynce, która raczyła go odwiedzić w garderobie i odrzucił włosy. Jeszcze przed wejściem przystanął. Odetchnął głęboko i wszedł. To co zobaczył wywołało na jego twarzy uśmiech. Czarnowłosa długonoga dziewczyna przekładała rzeczy w szafach. Ubrana była tylko w długą do połowy ud koszulkę z Jamesem Deanem i znoszone trampki. Stała do niego tyłem, ale Joe od razu poznał jej loki. Oparł się o futrynę drzwi i patrzył na nią. Obserwował jej ruchy zupełnie jakby tańczyła. W pewnym momencie Rosalie podeszła do łóżka i podniosła wzrok. Gdy ich spojrzenia się spotkały, znieruchomiała jak rażona piorunem.

- Cześć - rzucił, uśmiechając się do niej zalotnie. Widział, że zaskoczyło ją to bardziej niż się spodziewała. Gdyby była przygotowana, wymyśliłaby jakieś powitanie już wcześniej. Ale całkowicie ją zatkało. Perry nie wiedział czy to dobrze czy źle. Jednak nie miał zamiaru czekać na jej reakcję. Podszedł do niej i stanął najbliżej jak się dało. Od razu uderzył go jej zapach. Gdyby mógł, złapałby go do słoika i nigdy nie wypuścił. Patrzył na nią z góry, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. Rosalie ani drgnęła. Nawet wtedy gdy schylił się, żeby ją pocałować. Nie miał pojęcia jak bardzo się przeliczył. Dziewczyna bez ostrzeżenia uderzyła go w policzek z otwartej dłoni.

- Jak śmiesz przychodzić do mnie po tym wszystkim?! I do tego ciągle nią śmierdzisz! - krzyknęła i zanim Joe zdołał zrobić cokolwiek uderzyła go ponownie. Przyjął to bez słowa krytyki. Wiedział, że dziewczyna ma rację, ale przecież to był tylko seks. Rosalie zebrała rzeczy z łóżka i wróciła przekładać je do szafy.

- Bez przesady - mruknął, patrząc jak czarnowłosa przechodzi w tę to w drugą stronę. - Nie jesteśmy już razem. W dodatku też miło cię widzieć.

Dziewczyna prychnęła.

- To dlaczego zachowujesz się jakbyśmy byli?! - rzuciła wyzywająco, upychając ubrania do szuflady. Joe nie widział sensu w tym co robiła, ale nie zamierzał jej przerywać. Jeśli miało ją to uspokoić, to wolał, żeby sprzątała dalej. 

- Przestań. Wyolbrzymiasz. Dawno się nie widzieliśmy. Jak myślisz jak miałem zareagować?! Wyciągnąć rękę i się przedstawić?!

Joe podniósł głos, bo wkurwiła go reakcja Rosalie. Tęsknił za nią jak ostatni debil, Hamilton śmiał się z niego i wyzywał od prawiczków, pantoflarzy i innych, a ona odstawia sceny! Tego nie mógł znieść. Przecież go znała. Chyba raczej nie sądziła, że przez ten  cały czas będzie siedział zamknięty w domu, czekając na jej powrót.

- O, no proszę! Jeszcze zacznij się na mnie wydzierać! Brakowało mi tego! Prawie zapomniałam jak to jest! - rzuciła, mierząc go wzrokiem. Perry zaczynał już mieć tego dość. 

- Mogłaś już lepiej tam kurwa zostać! - wrzasnął. Z każdym kolejnym słowem Rosalie coraz bardziej się nakręcał. Aż cały praktycznie się trząsł. Chciał się z nią pieprzyć. Tutaj, już, zaraz, teraz. Chciał, żeby krzyczała jak kiedyś, usłyszeć jej poddańczy głos, przyspieszony oddech. Chciał poczuć, że znowu jest jego i tylko jego. Niczyja więcej. Nie miał zamiaru z nikim się nią dzielić. Wiedział, że tylko w ten sposób mógł się uspokoić. Był przekonany, że Rosalie nie miałaby też nic przeciwko. Pewnie potem będzie mu to wyrzygiwać, ale kto by się martwił konsekwencjami? Nie miał czasu, żeby się nad nimi zastanawiać. Dziewczyna krzyczała, ale on jej nie słuchał. Nie mógł się skupić na słowach padających z jej ust. Już nie. Musiał ją uciszyć. A jedyny sposób jaki przyszedł mu do głowy to pocałunek. Nawet nie wiedział kiedy złapał ją i przygwoździł do ściany, od razu wbijając usta w jej. Dosłownie miażdżył jej wargi, byle tylko wymazać te wszystkie złe emocje, krążące między nimi. W końcu oderwał się od niej.

- Perry! Co ty robisz?! - wrzasnęła czarnowłosa, starając się wyswobodzić z uścisku.

- Jedyną słuszną rzecz. - I zamknął jej usta kolejnym mocnym pocałunkiem. Praktycznie się w nią wessał. Czuł, że walczyła, ale nie miał zamiaru odpuszczać. Nie teraz. Co chwila musiał wzmacniać uścisk, żeby nie uciekła. Będzie ją miał. Czuł to rosnące podniecenie, dziwny żar trawiący go od środka, który ugasić mogła tylko ona. Przycisnął ją do siebie jeszcze mocniej. Z gardła dziewczyny dobiegł zduszony jęk. Zarzucił sobie jej nogi na biodra. Wiedział, że dziewczyna powoli zaczynała mięknąć. I miał zamiar to wykorzystać. Przesunął ustami od jej ust po szyję, równocześnie luzując uchwyt. Teraz gdy zaczynała mu się oddawać, nie było potrzeby trzymania jej zbyt mocno. Joe nie mógł się powstrzymać i ugryzł Rosalie w szyję. Dziewczyna syknęła cicho, co spowodowało, że nakręcił się jeszcze bardziej.

- Rosalie... - mruknął, gdy przebiegła palcami po jego klatce piersiowej, a te po chwili zgrabnie natrafiły na spodnie. Perry wiedział, że jeśli nie będzie jej miał w ciągu najbliższych sekund, to oszaleje. Czarnowłosa spojrzała na niego spod rzęs i uśmiechnęła się. Jak zawsze, gdy ze sobą spali tak i w tej chwili przypominała dziką kotkę. 

- Nie mogę czekać - powiedziała, szarpiąc się z rozporkiem.

***

Rosalie poczuła sekundowe niemal niewyczuwalne ukłucie bólu, ale potem szybko zginęła w fali gorąca i nieziemskiej przyjemności. Cała aż płonęła. Wyginała się, byle tylko uzyskać największą rozkosz. Wiedziała, że nie powinni byli tego robić. Ale nie miała ochoty o tym myśleć.Tak samo zdawała sobie sprawę, że ta chwila będzie ulotna. Jutro rozejdą się w swoje strony - ona wróci do pracy, a Joe pójdzie pieprzyć inne jak zwykle. Nikomu tego nie mówiła, ale Perry wcale nie zmienił swojego seksualnego życia, gdy byli razem. Sypiał ze wszystkimi chętnymi dziewczynami. A potem wracał do niej, śmierdzący nimi, oczekując, że będzie mógł ją porządnie przelecieć. Początkowo się pilnował, ale potem nawet nie zmywał śladów szminki. Jednak w tym momencie to się nie liczyło. 

Joe zwolnił z dużym trudem, czekając, aż dziewczyna się przyzwyczai do tego uczucia. Jednak nie było to potrzebne, bo Rosalie ścisnęła go udami, dając równocześnie znak, że jest gotowa na więcej. Nie miał zamiaru odmawiać temu jednoznacznemu przyzwoleniu. Spojrzał jeszcze na dziewczynę. Miała rozchwiane usta i zamglone oczy.

- Trzymaj się, mała - rzucił, wchodząc głębiej niż kiedykolwiek. Głośny krzyk Rosalie rozniósł się po całym domu.

***

- No i kurwa zajebiście! Już mam ciebie dość! Wypieprzaj z mojego domu!

- Sam wypieprzaj, chuju! 

- McKagan. Ty się z żadną nie dogadasz. - Izzy poklepał blondyna po ramieniu i z politowaniem pokręcił głową.

- Nie trzeba było pieprzyć Bierk - rzucił wkurwiony basista, patrząc w ślad za niknącą w oddali ulicy dziewczyną. Przez ostatni miesiąc wydawała się naprawdę interesująca. Tak. Wydawała... - Od niej wszystko się zaczęło.

- Gówno prawda. Jak już nie utrzymałeś fiuta w spodniach, to trzeba było z nią na serio. Po prostu odbić ją Adlerowi i tyle - mruknął Stradlin, odpalając papierosa.

- Co ty pierdolisz?! Znienawidziłby mnie. - McKagan spojrzał na gitarzystę z pięknym what the fuck wypisanym na twarzy. Nie nadążał nad rozumowaniem Izzy'ego. Możliwe, że nigdy nie dane było mu go zrozumieć. - A w dodatku tobie łatwo mówić. Bzyknąłeś raz jego siostrę, dobrze ją traktujesz, to Popcorn nic do ciebie nie ma. Jak się dowiedział, że to ja pieprzyłem się z Rosie a nie Axl, to o mało mnie nie zabił. Nigdy nie był bardziej wkurwiony.

- Niby tak, ale i tak lepiej ty niż Rose - mruknął Stradlin. Nie widział się z Debbie już ładnych kilka tygodni. Pojechała do rodziców zabrać swoje rzeczy i jak dotąd nie wróciła. Nie żeby się specjalnie przejmował, ale brakowało mu dobrego seksu. Miał okazję praktycznie na każdym kroku, ale nie chciał być nie w porządku w stosunku do dziewczyny. No i Adler ciągle pilnował, żeby Stradlin nie zrobił czegoś głupiego. Zamiast tego ćpał. Nie było to niedozwolone, a mógł przynajmniej spokojnie korzystać z przyjemności. 

- Kurwa. Co się z nami dzieje? - spytał Duff, trzymając ręce w kieszeniach katany i patrząc gdzieś przed siebie.

- Co masz na myśli?

- Każdy z nas znalazł sobie jakąś cizię. Nawet kurwa Steven, który rozpaczał po Bierk przez kurwa miesiące ma teraz Jeanette.

- Do czego zmierzasz? - spytał sennie Izzy. Nie, że nie słuchał McKagana. Po prostu taki był i tyle. W sumie nawet zaciekawiło go to, co też rodziło się pod tym tlenionym łbem.

- To, że jesteśmy pieprzonymi chujami. Nie przejmujemy się tym, że jakaś dziewczyna nas zostawi, bo zaraz znajdziemy sobie inną. Pierdoleni z nas egoiści. Ciągle wracam do Rosalie, ale to jest idealny przykład. Bzyknęliśmy ją, trochę poubolewaliśmy po jej stracie i to wszystko! No, może jeszcze przeprowadzaliśmy szturm na autobus Aerosmith, żeby ją odbić, ale to nieważne. Sęk w tym, że myślimy tylko o własnych dupach i nie bierzemy pod uwagę uczuć innych. Ani tego, że kogoś krzywdzimy.Nawet teraz. Zbytnio się nie przejąłem tym, że Ann sobie odeszła. Wyzwała mnie i to wszystko. Już jutro nie będę o niej pamiętał.

- Ale wiesz, że ciągle pamiętasz Rosie, prawda?

- Ty też ją pamiętasz i jakoś się ciebie nie czepiam! - oburzył się blondyn. Czarny przewrócił oczyma. I ja muszę mu to tłumaczyć?, spytał sam siebie, ale wiedział, że nie otrzyma odpowiedzi. Westchnął.

- Przyznaj się, stary. Po prostu jesteś zazdrosny, że jest z Perrym a nie z tobą.

- Spiedalaj! Nie jestem zazdrosny! A w dodatku oni nie są już razem. 

Izzy spojrzał na Duffa z ironicznym uśmiechem.

- A skąd to niby wiesz, wyrocznio? - spytał kpiąco. 

- Erin mi powiedziała.

- Erin... Erin powiedziała tobie, że Rosalie i Perry nie są już razem? - spytał Stradlin, akcentując słowo 'tobie'.

- No, właśnie to powiedziałem, idioto.

- No, widzisz. A ja wróciłem przed chwilą od Bacha. Wczoraj odebrał ją z odwyku i zawiózł do ich wspólnego domu z Perrym. Nie wróciła na noc.

Izzy podniósł papierosa w stronę Duffa jakby zamierzał wnieść nim toast i zniknął wewnątrz Hellhouse.

***

Steven stał przed drzwiami białego domu, poprawiając co chwila wielkie okulary. Ciągle rozglądał się dookoła, żeby sprawdzić czy na pewno nikt go nie śledzi. Ci chorzy fani, a w szczególności fanki, nie dawali mu spokoju. Specjalnie jeszcze ubrał się w najzwyklejsze rzeczy jakie wpadły mu w ręce - jeansy, białą skórzaną kurtkę, a na głowę wcisnął baseballówkę. Dodatkowo obwiązał szyję długim fioletowym szalem. A i tak przyciągał uwagę wszystkich na ulicy. Jeszcze raz niecierpliwie nacisnął dzwonek. Czemu ten palant nie przychodził?! Jeszcze chwila a staranuje drzwi. Musiał powalić w nie jeszcze dobre parę razy zanim usłyszał, że w środku coś się poruszyło. Ktoś szedł wolno w jego kierunku. Gdy tylko drzwi lekko się uchyliły, rzucił:


- No, dłużej się nie dało, idioto?!

- Co ty tu kurwa robisz? - Perry patrzył na niego zza szpary w drzwiach.

- Wpuść mnie do środka, zjebie zanim ktoś mnie zauważy!

Joe przewrócił oczami, ale otworzył szerzej drzwi. Steven nie czekając na zaproszenie, wszedł, a właściwie wkroczył do salonu. Niemal od razu zrzucił swoje przebranie. Szalik zakrywający mu twarz trafił do kąta, okulary wylądowały nieopodal, a skórzana kurtka leżała na środku pokoju. 

- Wyglądałeś jak jakiś pieprzony disco ninja - mruknął Perry, patrząc jak przyjaciel rzuca się na sofę i rozkłada na niej jak pan. Steven rzucił mu długie porozumiewawcze spojrzenie. - Napijesz się czegoś? - spytał bardziej z uprzejmości. Najchętniej wykopałby go z powrotem na dwór. Tyler musiał przyleźć akurat teraz. Jego ukochany bliźniak miał wspaniałe wyczucie czasu.

- Wódki - rzucił Steven, odgarniając włosy z twarzy i rozglądając się po wnętrzu domu zupełnie jakby oceniał czy warto się do niego przeprowadzić. Perry z westchnieniem poszedł do kuchni, wyjął z lodówki alkohol i przyniósł Tylerowi. Nie bawił się w jakieś szklanki czy inne bzdety. Pili z gwinta. Steven niemal wyrwał mu butelkę z rąk i od razu upił porządnego łyka.

- No, to po co przyszedłeś? - mruknął Joe, siadając naprzeciw wokalisty. Ten dał mu znak ręką, żeby poczekał chwilę i dopiero po minucie odpowiedział:

- A ty co kurwa jesteś taki miły dla mnie?

- Jak zawsze, chuju. Wiesz która godzina?

Steven rozłożył ręce zdziwiony, po czym mruknął:

- A masz coś lepszego teraz do roboty? - I zanim Joe zdążył odpowiedzieć, dodał:

- Pamiętasz Claire?

- No - odpowiedział Perry, patrząc jak Steven po raz kolejny ciągnie z butelki. Gdy ją odłożył, gitarzysta zrobił to samo. Pierwszy łyk zawsze był najgorszy. Skrzywił się, czując gorąc w gardle. Jeśli Tyler przyszedł tu tylko, żeby gadać o jakiejś swojej byłej to zajebiście. Nie mogło być nudniejszego tematu. Musiał przygotować się na długą męczącą pogadankę o rozterkach wokalisty. Zajebiście. - I co z nią? - rzucił obojętnie. Zamiast tego mógłby dalej leżeć koło Rosalie. Dopiero jakieś dwie godziny temu zasnęli. To nie był seks. To był pierdolony maraton. Perry uśmiechnął się pod nosem, przypominając sobie jak dziewczyna krzyczała jego imię. Ciągle czuł głębokie zadrapania na plecach, które mu zadała. Później mogliby wziąć kąpiel...

- Nie mogę o niej zapomnieć. Ciągle o niej myślę. - Jego rozmyślania przerwał bohater dzisiejszego poranka. - Wiem, że to nie w moim stylu, ale tak jest. I przyszedłem do ciebie po pomoc.

Zostałem teraz kurwa pierdoloną swatką, pomyślał Joe, odchylając się na kanapie i gapiąc w sufit.

- No, tylko, że wiesz, że ona jest z tym Bachem ze Skid Row. Czasem tu przychodziła. I wydawała się szczęśliwa.

- Wiem, kurwa! Nie dołuj mnie! I dlatego tym bardziej musisz mi pomóc.


- I co niby miałbym zrobić? To brat Rosalie. W dodatku dobrze wiesz, że mamy zjebane relacje. To kawał skurwysyna i to wszystko.

- No, ale właśnie! Nie mógłbyś do niej pojechać i z nią pog...

- Kurwa! I co jeszcze?! - Perry przerwał Stevenowi, domyślając się z łatwością reszty. Szybko wstał i zabrał wódkę Tylerowi. - Nie będę załatwiał spraw za ciebie! Sam kurwa do niej pojedź, a mnie w to nie mieszaj! 

- Wiesz, że nie mogę. No, proszę cię, Joe. Pomóż mi, a będę twoim dłużnikiem do końca świata i tak dalej - błagał Tyler, a Perry pomyślał, że wygląda żałośnie. I nawet całkiem zabawnie. Tylko jednego nie mógł zrozumieć. Steven mógł mieć każdą, ale pożądał czegoś czego nie mógł mieć. Co było poza jego zasięgiem. - Będę ci odstępował najlepsze dziwki. No, weź. Nie bądź wiśnia.

- Szczam na twoje dziwki. Pomogę ci, ale pod jednym warunkiem.

- No jakim?

- Przez następne pół roku będziesz udzielał za mnie wywiadów.

- Co?! To niesprawiedliwe! - wrzasnął Steven. - Tak nie można!

- Stul pysk! - syknął Perry, mając nadzieję, że ten krzyk oburzenia nie obudził Rosalie. Nie chciał, żeby wstawała. Jeszcze nie. Instynktownie spojrzał na szczyt schodów, po czym przeniósł uwagę na Tylera. - Albo bierzesz moje wywiady albo możesz powiedzieć arrivederci Claire.

Wokalista stał z zaciśniętymi pięściami i aż cały się gotował. Perry wiedział, że Steven najchętniej dałby mu po facjacie, ale nie miał zamiaru odpuszczać. Zamiast wrócić po koncercie do hotelu, baru czy burdelu, trzeba było zostawać i tłumaczyć tym wkurwiającym dziennikarzom jak to osiągnęli sukces. Joe zawsze dostawał grubych spoconych dziennikarzy. Tylko raz rozmawiał z kobietą i wcale nie była jakaś specjalnie piękna. Za to Tyler był obskakiwany przez stada seksownych panienek. Jednak nawet to nie mogło zastąpić gorącej kąpieli po całym pierdolonym dniu na nogach. Perry wiedział, czego żąda, ale nie miał zamiaru obniżać progu.

- Jesteś straszny! W ogóle nie pytasz co u mnie! No, ale zgoda! - wycedził w końcu Tyler. - To jaki masz plan?

- Zrobię imprezę. - Gitarzysta wzruszył ramionami. Był to najprostszy sposób na ściągnięcie jak największej liczby ludzi. Wliczając w to Claire.

- Ty to jesteś pogrzany, Perry! Myślisz, że ona przyjdzie tak sobie do ciebie na grilla?! - Stevenowi nie spodobał się pomysł. W ogóle nie przypadł mu do gustu. Jego przyjaciel miał na niego kompletnie wyjebane. Nie przejmował się, że on cierpiał. - Sądziłem, że stać cię na więcej - dodał i zrezygnowany opadł z powrotem na kanapę. 

- Zamkniesz się w końcu?! - Perry miał kurewsko dosyć tych nastrojów Tylera. Tym bardziej był zdenerwowany, im więcej myślał o dziewczynie w jego łóżku. Miał zamiar zostawić tu tego marudę i pobiec do sypialni. Chciałby. - Nie skończyłem! Przyjdzie, bo to nie będzie jakaś tam pierwsza lepsza impreza na polowania. Uczcimy powrót Rosalie od zombiaków.

Steven spojrzał na niego zdziwiony. Otworzył szeroko oczy, usta i chciał coś powiedzieć, ale zamiast tego udało mu się wyglądać tylko jak ryba. W końcu jednak odetchnął i spytał:

- To ona... Znaczy... Kiedy wychodzi?

Joe westchnął. Tyler przez ostatni rok jak jeszcze nigdy zbliżył się do dziewczyny. Można by powiedzieć, że to Rosie razem ze Stevenem byli bliźniakami, a nie on z wokalistą. Chodzili razem do kina, do baru, na ploteczki, nawet na zakupy wybierali się razem. Jak jedno z nich nie mogło, drugie solidaryzowało się z nim i zostawało w domu. To była pierwsza i chyba jedyna żeńska przyjaźń Tylera. Bardzo często Perry czuł się zazdrosny. Cieszył się, że jego przyjaciel nie ma zamiaru jej przelecieć, ale dlaczego musiał to być akurat on? 

- Jest w sypialni.

Tym razem Steven wyglądał jakby ktoś go uderzył. Jednak nie trwało to nawet sekundy, bo poderwał się momentalnie z kanapy i puścił się biegiem po schodach, zmierzając w jednym kierunku.

- Tyler! Kurwa! - krzyknął za nim Perry, ale było za późno. - Co za chuj... - mruknął pod nosem i pobiegł śladem wokalisty. Gdy dotarł do pokoju, zastał Tylera leżącego na łóżku obok Rosalie i jeżdżącego opuszkami palców po jej odkrytych ramionach.

- Co ty kurwa robisz? - rzucił cicho, żeby nie obudzić dziewczyny. Steven uciszył go ruchem ręki, ale i tak czarnowłosa poruszyła się, szeleszcząc pościelą.

- Joe? - mruknęła sennie, powoli się wybudzając. Parę loków spadło jej na twarz.

- Nie, promyczku mój najsłodszy. Z tej strony Steven - mruknął jej do ucha Tyler.

- Steven? - mruknęła dziewczyna jakby nie zrozumiała sensu usłyszanej wypowiedzi. Jednak w pewnym momencie się ocknęła i szybko obróciła, patrząc zaskoczona na uśmiechniętego Tylera. - Steven! - krzyknęła, a wielki kamień spadł jej z serca. Już myślała, że znowu jest w Hellhouse z Adlerem. Usiadła na łóżku i rzuciła się na wokalistę.

- No, część, piękna! - Tyler roześmiał się, tuląc dziewczynę. Joe ciągle za to stał w drzwiach, patrząc na tę całą akcję. Nie mógł nie zauważyć, że Rosalie opadła pościel z piersi i nawet tego nie zauważyła. A co dziwniejsze, Steven też nie zwrócił uwagi na to, że jego przyjaciółka była topless. Joe przewrócił oczami. Chore układy.

- Kochanie, musisz mi pomóc. - Steven patrzył dziewczynie prosto w oczy. Miał nadzieję, że chociaż ona zrozumie, co czuł. Nie musiał nic więcej mówić.

sobota, 30 sierpnia 2014

Like A rolling Stone - Part 15



- Gdzie jedziemy?

- Do domu, kochanie.

- Mojego?

- Do naszego.

- Nie. Ja muszę pojechać do mojego domu.

- To zrobimy tak: pojedziemy do nas, zostawicie mnie, a Sebastian cię zawiezie. Dobrze?

Nikt już nie odpowiedział.

***

Sebastian otworzył drzwi. Ciągle nie mógł przywyknąć do całego tego luksusu, który dosłownie wybijał się z każdego kąta. W sumie nie dziwił się temu wszystkiemu. Dylan bardzo dobrze zarabiała, ale była skromna, więc nie przesadzała z wystrojem Heavenhouse. Nie to, co Perry. Nie dość, że miał pełno kasy, to jeszcze uwielbiał z niej korzystać. Jak każdy, uśmiechnął się do siebie blondyn i spojrzał na siostrę. Ta nawet na niego nie spojrzała i bez czekania, weszła do domu, gdzie po dwóch krokach się zatrzymała. Sebastian myślał, że wybuchnie płaczem, wybiegnie lub po prostu będzie przeklinać. Jednak przeliczył się. Rosie rozejrzała się wolno, patrząc w prawo i w lewo, głęboko odetchnęła, po czym ruszyła naprzód prosto w kierunku białej skórzanej sofy. Kanapa stała naprzeciw drzwi wejściowych w  miejscu obniżenia podłogi. Trzeba było zejść dwa stopnie, gdzie stały dwie sofy, a między nimi duży przezroczysty stolik. Tak, pomyślał Sebastian. Za każdym razem, gdy odwiedzał siostrę, spadał, zahaczał lub przewracał się na tych podstępnych schodkach. Dylan jednak nie miała z nimi problemu. Usiadła z ciężkim westchnieniem i podkurczyła nogi. Jednak wcześniej wzięła biało-czerwoną poduszkę i wtuliła w nią twarz. 

- To zostawię ci tu walizkę, ok? - spytał Sebastian, nie czekając zbytnio na odpowiedź. Dziewczyna mruknęła coś, nie podnosząc głowy. Blondyn wziął to za potwierdzenie. Postawił wielką walizkę pod ścianą i włożył ręce do kieszeni. Wnętrze zostało takie jakie pamiętał je od ostatniego razu. Nowoczesne z fikuśnymi meblami, pełną, dużą lodówką na przeróżne alkohole, stołem bilardowym i wielkim garażem na samochody. Do sypialni Dylan i Perry'ego nigdy nie wchodził. Czasem tu nocował, gdy Claire wyrzucała go z domu. Nic się tu nie zmieniło. Tylko trochę pusto. I depresyjnie. Chłopak odrzucił włosy do tyłu i skupił z powrotem uwagę na skulonej na kanapie dziewczynie. Czuł, że Dylan wcale nie chciała tu przyjeżdżać po rzeczy. Nie miała zamiaru go opuszczać. To był teraz jej dom i planowała tam zostać. Jak zwykle postanowiła zrobić to, co chciała. Sebastian zdawał sobie z tego sprawę już wtedy, gdy wysadzili Claire. Ta kazała mu pod żadnym pozorem nie zostawiać czarnej samej, zabrać ubrania i przywieźć do nich jak najszybciej. Jego siostra nie musiała nic mówić, żeby wiedział, że ma sobie iść. Westchnął. Nie mógł z nią zostać, bo niedługo miał się zacząć koncert, a właściwie próba generalna przed koncertem, jednak i tak nie miał zamiaru spóźniać się na nią jak ostatni pedał. Musiał znaleźć kogoś do przypilnowania siostrzyczki. Claire odpadała, ale wpadła mu do głowy Erin. Poszedł szybko do kuchni po telefon, wystukał numer i czekał.

- No, odbierz - mruczał pod nosem, wystukując niecierpliwie rytm na blacie. 


- Tu, Erin. - Słodki, dobrze znany mu głos zaśpiewał w słuchawce.

- Erin! Tu Seba...

- Nie ma mnie w domu. Zaśpiewaj po sygnale.

Sebastian skrzywił się, spojrzał na słuchawkę i odłożył ją z powrotem. Poszukał w myślach znajomych, którzy mogliby zająć się podłamaną dziewczyną. Gunsi odpadali. To było raczej oczywiste. Z zasady. W dodatku nie chciał na siłę podstawiać pod nos Dylan ludzi. Sama powinna zdecydować kiedy się z nimi spotka. No, frajerze. Myśl! Kto jeszcze?! Ale to było jak walenie głową w ścianę. Nie znał nikogo odpowiedzialnego, wolnego i godnego zaufania. Wszyscy byli nieodpowiednimi chujami. Tommy. Nie, Tommy też odpadał. Kurwa! Nikogo normalnego nie znam!, krzyczał w myślach. Jeszcze raz pełen nadziei wybrał numer do Erin. Znowu włączyła się sekretarka. 


- Zajebiście! - wrzasnął, po czym wrócił do salonu.

- Co ty kurwa robisz w moim domu?

Bach stanął jak rażony piorunem. W drzwiach wejściowych stał nie kto inny jak Joe Perry. W samej skórzanej kamizelce najczęściej podrywał nowe panny. Miał też gitarę przewieszoną przez plecy. Wracał może z próby albo koncertu. Sebastian cicho przełknął ślinę. Zerknął kątem oka na kanapę, gdzie spodziewał się zobaczyć swoją siostrę, ale jej już tam nie było. Przeklął w myślach. Musiał sam sobie poradzić z Perrym. Nie mieli dobrych relacji jeśli takowe w ogóle istniały. Joe nie mógł mu zapomnieć tej akcji w barze, gdy najebany w trzy dupy szarpał Dylan. I chociaż minął ponad rok, dotrzymywał słowa. Blondyn przychodził tutaj tylko wtedy, gdy gitarzysty nie było. Mógł spokojnie spędzać czas z siostrą. Do teraz.

- A tak się rozglądam - odpowiedział. Chciał, żeby zabrzmiało to pewnie, ale niezbyt mu się to udało. Perry od razu to wyczuł i tylko uśmiechnął się pod nosem. 

- Wypierdalaj - mruknął, przechodząc w głąb domu na kanapę dokładnie w to samo miejsce, gdzie przed chwilą siedziała Rosie. Przerzucił gitarę do przodu, usiadł i odpalił papierosa, którego wcześniej trzymał za uchem. Sebastian patrzył na niego, nie ruszając się z miejsca. Nie miał zamiaru ruszać się stamtąd, dopóki nie wiedział, gdzie była Dylan. Tylko nie miał pojęcia czy uświadomić Perry'ego, że jego była jest gdzieś w domu czy pójść jej szukać. - Czego tak kurwa stoisz, pedale? - Joe odrzucił włosy charakterystycznym ruchem głowy i patrzył wymownie na blondyna sterczącego w przejściu. - I co tu robi ta walizka? - dodał, wskazując petem bagaż. Sebastian naprawdę nie wiedział, co odpowiedzieć. Zawsze był wygadany, a teraz czuł jakby ktoś ściągnął mu spodnie i kazał śpiewać hymn. Gitarzysta Aerosmith był dość dużo od niego starszy, ale nie aż tak, żeby Bach musiał do niego mówić 'Per Pan'. Wyprostował się, bo wiedział już co zrobić.

- Przywiozłem parę rzeczy - powiedział władczo i skierował się szybko w stronę drzwi. Joe nie zdążył zareagować, gdy blondyn odwrócił się jeszcze i rzucił przez ramię:

- A. I Rosie wróciła.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Like A rolling Stone - Part 14

- Fuck! Kurwa! Jebana komunistyczna dziwka! Pierdolony pedał!

Sebastian jechał spokojnie samochodem, gdy w pewnym momencie autobus zajechał mu drogę, a autobusiarz nie miał zamiaru przekraczać pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Bacha nie frustrowałby ten fakt tak bardzo, gdyby nie brak możliwości wyprzedzenia. Naprzeciwko jechał sznur samochodów. I nie zanosiło się na wyminięcie.

- Spokojnie, kochanie. Zdążymy na czas.

Chłopak spojrzał na siedzącą obok blondynkę.

- Nie mam zamiaru się spóźnić jak ostatni fagas! I to jeszcze przez szowinistycznego autobusiarza!

- Wiem, że się denerwujesz. W końcu nie widzieliśmy jej ponad sześć miesięcy - powiedziała dziewczyna, poprawiając włosy i formując je w delikatny kok.

- No, rejczel, że się denerwuję! Jak cholera!

Sebastian przycisnął pedał gazu i zaczął wyprzedzać.

- Ej! Przestań! - krzyknęła dziewczyna, ale blondyn nie zamierzał jej słuchać. Jak nie dał się z lewej, to z prawej go załatwię, pomyślał z dzikim uśmiechem na ustach i zjechał na pobocze, dodając gazu. Trochę potrzęsło, dziewczyna pokrzyczała, autobusiarz potrąbił, ale w końcu wyjechał na prostą.

- Daj mu iść! - wrzasnął, wystawiając rękę za okno i pokazując środkowy palec kierowcy autobusu. Zmienił bieg i wystrzelił do przodu, niknąc kapitanowi powolnemu z horyzontu. Po kilku minutach Sebastian odwrócił się dumny z wyszczerzem do dziewczyny. Ta tylko zmierzyła go wzrokiem i skarciła:

- To nie było zgodne z przepisami ruchu drogowego!

Na jej odpowiedź chłopak wybuchnął śmiechem.

- Moja kochana siostrzyczka mnie tego nauczyła. Tego i wielu innych sztuczek. - Zamilkł na moment. W tle leciał jakiś stary hipisowski hit, droga kończyła się dopiero gdzieś za horyzontem, a wokół dało się czuć zapach papierosów i kobiecych perfum. 

- Wiesz - zaczęła blondynka po chwili ciszy. - Zawsze zastanawiałam się co wyjdzie z ich związku.

Sebastian popatrzył na dziewczynę. Jak zawsze idealna. Skrywała swoje boskie ciało pod letnią sukienką w kwiaty, jednak nie zabrakło też ostrego akcentu - siedziała w skórze, którą dawno temu dostał od Rosalie na urodziny. Jego kochana Dylan jeszcze przerobiła ją, by wyglądała jak u Stevena Tylera. Miała niebieskie klapy i zielony haft. Postarała się.Nikomu nie pozwalał jej nosić. Do teraz. Dziewczyna była jedyną osobą na świecie, która na to zasługiwała w stu procentach.

- Którego? - spytał nieświadomie, bo jego wzrok zatrzymał się na nogach blondynki.

- Rosie i Joe - kontynuowała. - Wszystko było świetnie dopóki nie zamieszkali razem. Co chwilę się kłócili, a gdy przychodziłeś ich odwiedzać, trzeba było uważać, żeby nie dostać jakimś latającym talerzem albo nożem. Sąsiedzi parę razy dzwonili na policję w tej sprawie. Nie przeczę, że mieli wspaniałe chwile, ale gdy wchodziły w to prochy... Wszystko zaczynało się sypać. Aż dziwne, że wytrzymali ze sobą ten rok. Mogłabym przysiąc, że gdyby nie Tyler, Joe pozwoliłby jej odejść już dawno temu. 

- A więc nigdy jej nie kochał? 

- Wydaje mi się, że kochał. Ale to bardziej jemu zależało na tym związku. Czasem twoja siostra wyglądała jakby się z nim męczyła. Sądzę, że Joe kochał ją po prostu bardziej niż ona jego. Widziałam to w jego spojrzeniu, zachowaniu w stosunku do niej. Słychać to było w jego głosie. Kiedyś powiedziała mi, że chciałaby móc oddać jego uczucie, ale nie potrafiła. To tak jakby chciała, żeby kochał ją mniej... Sama nie wiem. Nie kochała go tak jak on ją. Żyła chwilą, a przyszłość ją przerażała. I nie wytrzymała.

- Dziwne... - mruknął Sebastian, patrząc na drogę. - Nie mogę w to uwierzyć, że nie ganiał się za innymi przez cały pieprzony rok! Przecież to kurwa Joe pierdolony Perry!

- Ale tak było. Gorzej z Tylerem...

- Wiem, kochanie.

Chłopak wyciągnął rękę i złapał czule dłoń dziewczyny. 

***

Nie jechali długo, bo po godzinie dojechali do zakładu. Wyglądał jak szpital psychiatryczny z jakiegoś horroru. Żelazna brama, wysoki płot i majestatyczny stary budynek główny. Boże, Dylan. Do czego się doprowadziłaś?, myślał Sebastian, wjeżdżając powoli na teren placówki. W dyżurce musieli pokazać dowody, powiedzieć po kogo przyjechali, kiedy się zapisywali i parę innych dziwnych rzeczy. Strażnik jeszcze musiał potwierdzić ich przyjazd, telefonem do centrali i dopiero wtedy wpuścił ich do środka. Wewnątrz co chwila mijali spacerujących ludzi w kitlach i dresach. Niektórzy czytali, inny grali w gry, jeszcze inni po prostu siedzieli. 

- Jezu... - mruknął, parkując przed głównym wejściem. Gdy wyłączył silnik, całe jego ciało jakby odmówiło posłuszeństwa. Blondynka to zauważyła.

- Wszystko dobrze, kochanie - powiedziała spokojnie. - Jestem tu z tobą. Chodź. Nie dajmy Rosalie czekać. I tak spędziła tu już za dużo czasu.

Pocałowała go w policzek i wysiadła. Sebastian odetchnął głęboko, po czym podążył jej śladem. Stanęli przed schodami do zakładu, patrząc na jego mroczny majestat. 

- Kurwa... Stoję tutaj tylko jako transport siostry a już się boję.

Złapał blondynkę za rękę i razem weszli do środka. Od razu powitała ich szarość ścian i równie obojętne twarze pracowników. Podeszli niepewnie do 'recepcji', gdzie rezydowała mała kobiecina po pięćdziesiątce z przedziwnym kokiem na głowie.

- Słucham? - spytała nawet nie podnosząc głowy. Bez przerwy przekładała papiery. - Godziny odwiedzin już się skończyły.

- Ale my jesteśmy po odbiór mojej siostry - powiedział Sebastian nieco zbity z tropu. Odbioru. Ty, idioto. Zupełnie jakby Dylan była towarem, zganił się w myślach, jednak pani recepcjonistka nie zareagowała na jego słowa. Poprawiła okulary i spojrzała na parę. Przez jej twarz przeszedł grymas zdziwienia, aż w końcu wygięła usta w szczerym uśmiechu.

- Trzeba było tak od razu! Państwo pewnie przyjechali po Rosie. Proszę tutaj. Usiądźcie. Zaraz zadzwonię do doktora Freemana - mówiła, wskazując ławkę obok recepcji. I zanim Sebastian zdążył zareagować, dodała:

- Jesteście do siebie tak podobni, że nie sposób jest się pomylić. Tylko te włosy są jakieś inne.

I momentalnie podniosła słuchawkę telefonu. Sebastian spojrzał zaskoczony na dziewczynę. Ta wzruszyła ramionami i poszli usiąść na wskazaną wcześniej ławkę. Jednak chłopak nie wytrzymał długo. Musiał wstać i zacząć chodzić w tę i z powrotem niespokojny jak lew w klatce.

- Długo jeszcze? - rzucił, przeczesując palcami włosy. Oparł dłonie na biodrach, nie zatrzymując się.

- Przecież dopiero usiedliśmy. Spokojnie - uspakajała go blondynka, ale na nic się to zdało. Sebastian nawet jej nie słyszał. Bał się. Bał się tego, co zobaczy za chwilę. Czy Rosie z zakładu będzie tą samą Dylan co przed odwykiem? Miał nadzieję, że tak. Inaczej nigdy nie wybaczy sobie tych wszystkich złych rzeczy, których na nią sprowadził. Gdyby z nią został tamtego wieczoru zamiast urządzać jej przedstawienie wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej. Byłaby w domu, pomyślał, obracając się nerwowo na pięcie.

- Kochanie? - usłyszał głos swojej dziewczyny jakby z oddali. Drgnął i spojrzał na nią. Jednak okazało się, że ta w ogóle na niego nie patrzy. Kierowała za to swój wzrok za coś za jego plecami. Była jak zahipnotyzowana. Zmarszczył brwi, po czym odwrócił się, by móc zobaczyć to, co ona. 

- Sebastian.

Teraz usłyszał jej głos wyraźniej niż kiedykolwiek. Nie było nic bardziej rzeczywistego niż ten dźwięk. Stała przed nim czarnowłosa dziewczyna z rozpuszczonymi włosami do pasa. Ubrana była w przydługi luźny sweter do połowy ud, a nogi niknęły w znoszonych trampkach. Sebastian widział, że schudła. Była połową dawnej siebie. Aż cud, że jeszcze stała o własnych siłach. Wyglądała żałośnie i równocześnie pięknie. Piękniej niż kiedykolwiek. Chłopak uśmiechnął się, starając się powstrzymać łzy. Rosie zrobiła dokładnie to samo. Tylko Sebastian posunął się o krok dalej i podbiegł do siostry, łapiąc ją wpół i przyciskając do siebie z całej siły. Właściwie czuł się jakby tulił sam siebie. Dylan była okropnie wychudzona.

- Jezu! Tak mi przykro!

Dziewczyna oddała uścisk, ale nie tak silny jak jej brata. Sebastian płakał, a Rosie tylko leciały w ciszy po policzkach łzy. Po dłuższej chwili oboje się uspokoili, a czarnowłosa zwróciła swój wzrok na stojącą za plecami brata dziewczynę. Ta również płakała. Widząc spojrzenie Rosalie, szybko otarła twarz wierzchem dłoni i uśmiechnęła się. Widać było, że walczy sama z sobą czy podejść czy czekać, jednak nie wytrzymała i podbiegła do pary, by ogarnąć ich ramionami. 

- Chodź, siostrzyczko - powiedział lekko drżącym głosem Sebastian, po czym złapał jedną ręką dłoń Rosalie, a drugą jej torbę i skierował się do wyjścia. Ta szła za nim potulnie w kompletnej ciszy. Chłopak błagał w myślach, żeby się odezwała, ale postanowił być cierpliwy i dać dziewczynie trochę czasu. Musi odetchnąć. W końcu odwyk nie był najgorszą rzeczą jaka ją spotkała... Właśnie. Nie miał pojęcia czyja to była wina. Kto był odpowiedzialny. Steven? Duff? A może sam Joe Perry? Nie miał pojęcia. Dopóki Dylan będzie milczała, miał bić się sam ze swoimi domysłami. Tylko ona znała prawdę. Gdyby jego dziewczyna coś by wiedziała, zaraz by mu to powiedziała. Teraz tylko musiał czekać na rozwój wypadków. Zdarzyło się to podczas pierwszego nieudanego pobytu dziewczyny w zakładzie. Gdy zadzwonił do niego lekarz Rosalie i przekazał mu te niesamowite wieści, w pierwszej chwili chłopak się roześmiał. Potem chciał znaleźć człowieka odpowiedzialnego za stan jego siostry, ale na końcu się ucieszył. Następnym razem, gdy odebrał telefon z uśmiechem na ustach, później bał się podnosić słuchawkę. Nie wiedział jak Dylan to przeżyła, ale on nie mógł spać przez kolejne miesiące. 

Spojrzał na siostrę. Bez słowa weszła do samochodu, nieobecna przypominająca bardziej ducha niż człowieka. W końcu dowie się, kto ją skrzywdził. Obiecał to sobie, ale i Dylan. 

Wsiadł bez słowa do środka, po chwili weszła blondynka. Rosalie siedziała cicho z tyłu, wpatrując się w obraz za oknem. Wyjechali. Nic się nie działo przez dobre półtorej godziny, dopóki nagle nie odezwała się czarnowłosa przyciszonym jakby wystraszonym głosem:

- A gdzie reszta?

- Jaka reszta? - spytał Sebastian, ale dostał od blondynki z łokcia i ugryzł się w język. Dziewczyna rzuciła mu wrogie spojrzenia, na które odpowiedział niemym 'No co?!'. Kazała mu siedzieć cicho.

- Nie mogli przyjechać, skarbie.

- Aha... - odpowiedziała Rosie i dalej kontynuowała podziwianie przyrody. Jednak dało się wyczuć smutek. Sebastian zastanawiał się czy siostra miała na myśli Stevena i całą zgraję, Perry'ego, Erin czy może po prostu nieświadoma obecnej sytuacji spytała, żeby przerwać ciszę. 

- Jak przyjedziemy, zrobię ci twoje ulubione ciastka cytrynowe. Co ty na to, kochanie? - Blondynka przerwała kolejne minuty niezręcznego milczenia.

- Jak chcesz, Claire.

środa, 13 sierpnia 2014

Like A rolling Stone - Part 13



- Wiesz co jest nie tak z tym światem?

- No co?

- To,  że ludzie, każda pieprzona osoba jest tak cholernie niemiła dla drugiej. Nie rozumiem tego. Kontrola. Osądzanie. Cholerne społeczeństwo! Pierdolone społeczeństwo! Same fiuty!

-  O jakich ludziach mówimy?

- No, wiesz, rodzice, hypokryci, politycy, wszystkie te chuje.

- Nie przesadzasz zbytnio? Już powoli zaczyna siadać ci na mózg. Nie jest za dobrze babrać się w tym syfie. 

- Dlatego najlepiej zostać buszmenem. Tam przynajmniej nikt nie będzie kazał ci co robić.

- A teraz ktoś ci każe? Nie marnuj czasu na takie badziewie. 

Izzy z Bachem stali przed domem i palili papierosy jeden po drugim. Sebastian przybył z wiadomością dwa dni wcześniej i do tego ranka nic nie zrobili prócz porządnego pijaństwa. Obaj ze Stradlinem obudzili się jako pierwsi, więc skorzystali z chwili spokoju, by w ciszy zapalić. Jednak drzwi Hellhouse nagle się otworzyły i stanęła w nich jasnowłosa Debbie. Luźna koszulka Blondie nie zasłaniała w pełni jej biustu czym przykuła uwagę dwójki maruderów. Dziewczyna popatrzyła na nich przez chwilę.

- Będziecie tak stali czy któryś da mi fajkę? - powiedziała lekko władczym tonem, podchodząc bliżej. Izzy tylko uśmiechnął się pod nosem, zostawiając zaszczyty Sebastianowi. Ten dosłownie ślinił się na widok Adler. Deb podziękowała gestem, po czym odchyliła się, by wypuścić dym. - Nie mogłeś zostać trochę dłużej? - rzuciła nie wiadomo do kogo. Jednak Bach zrozumiał aluzję. Dziewczyna zaakcentowała to w idealny sposób. Wczoraj długo razem  pili i pewnie gdyby nie Slash, który zabrał dziewczynę do kuchni, żeby zrobiła kociołek Panoramiksa, pewnie zaciągnąłby ją do któregoś z pokoi. Uśmiechnął się pod nosem i już chciał odpowiedzieć, gdy uprzedził go Stradlin:

- Nie dało się słuchać tej jęczącej kurwy Slasha za ścianą. Aż dziwne, że nie słyszałaś.

- Spałam jak zabita - mruknęła blondynka, uśmiechając się zadziornie do czarnego. Chłopak tylko złapał ją w pół i przyciągnął do siebie, po czym wessał się w jej usta. Bach stał obok i nie mógł uwierzyć w to co widział. Co do ciężkiej cholery?! ‎Musiał wyglądać jak totalny idiota, bo dziewczyna rzuciła tylko:

- Zamknij tą paszczę, Bach.

Usłuchał, ale nadal patrzył na dwójkę ludzi przed sobą jak na kosmitów. 

- To wy... znaczy, no... Tego... Jesteście razem? - spytał w końcu, ale pytanie zabrzmiało jak uderzenie dzwonu bez serca. Głuche i stłumione w sobie. Kurwa. A już zapomniał o tej bogini Tylera i miał plany wobec uroczej siostrzyczki Adlera, ale nawet ją mu odebrali. Kto? No, proszę jebany Stradlin. Nudziarz, zaćpany do granic możliwości gitarzysta rytmiczny! Jebane gówno! Nie ma sprawiedliwości na tym jebanym świecie! Debbie i Izzy momentalnie popatrzyli na niego, a Sebastian poczuł jak kurczy się sam w sobie. Gdyby mógł, uciekłby stamtąd jak najszybciej. 

- Tak tylko seksimy - mruknął Stradlin.

- A ty wara powiesz o tym Stevenowi lub komukolwiek innemu! - zagroziła Deb, jednak nie zdążyła dokończyć groźby, gdy z domu wyszedł a właściwie wypadł McKagan. Przystanął, by zbadać podwórze, a gdy zobaczył grupę, skierował się wolno w ich stronę. Wyglądał okropnie. 

- Siema - mruknął na powitanie, po czym plasnął sobie dłonią prosto w twarz. Rozmasował jedno oko, ale potem jakby się rozmyślił i wrócił z powrotem do środka. 

- Jezu! Co z nim? - zapytał Bach, starając się odwrócić uwagę od swojej osoby. - Jeszcze chyba takim go nie widziałem. 

Debbie i Izzy popatrzyli na siebie wymownie i nic nie odpowiedzieli. Sebastian nie mógł siedzieć cicho, więc rzucił jeszcze:

- McKagan wczoraj dupczył jak wściekły. Powinien być zadowolony. Popcorn wyautowany, więc ma więcej dla siebie. A przecież o to chodzi. Wiecie, że sperma działa antydepresyjnie? Ciekawe kto przeprowadzał taki eksperyment. Pewnie jakiś zbok z ssącą mu fiuta dziwką. Pojebane jest to...

- Oh, zamkniesz się w końcu?! - przerwała mu Debbie, nie mająca zamiaru wysłuchiwać rozkmin Bacha. Blondyn był jej przyjacielem, ale teraz niemiłosiernie ją wkurwiał. Sebastian umilkł, ale wyglądał tak jakby zaraz miał się udusić. Trudno mu było siedzieć cicho. Chłopak zagryzł wargi i zmarszczył brwi byle tylko nic nie mówić. Deb szturchnęła Stradlina, żeby też popatrzył na starania Bacha, które wyglądały komicznie. Wyglądał jak nałogowy palacz, powstrzymujący się przed kaszleniem. Dziewczyna ukryła twarz w ramieniu Izzy'ego, dławiąc śmiech. Ale Sebastian i tak ją usłyszał.

- Kurwa! Tak się nie da! - wrzasnął blondyn z zamiarem nawrzeszczenia na śmiejącą się dwójkę, ale zrezygnował i za chwilę śmiał się z nimi. 

- Popierdoliło cię?! Jesteśmy zespołem!

Głośny krzyk dobiegł ich nagle ze środka Hellhouse. Cała trójka spojrzała w stronę drzwi, nasłuchując.

- Długo jeszcze zamierzasz zdychać?! 

- Odpierdol się, zdrajco jebany! Wszystko kurwa przez ciebie!

- Ogarnij dupę, fagasie! Nie tknąłem jej! A ty byś kurwa mógł ruszyć zad i zainteresować się czymś! Mamy niedługo koncert!

Reszta wrzasków została zagłuszona przez ciąg harley'ów, które jak na złość akurat przejeżdżały obok. Gdy hałasy ucichły, nikt się już nie kłócił. Cała trójka mogła za to podziwiać Stevena, który dosłownie wybiegł z Hellhouse i pobiegł w dół ulicy. 

 ***

Obudziła się. Jak zwykle była lekko niewyspana, ale zdążyła już do tego przywyknąć. Im dłużej przebywała z zespołem tym coraz mniej pamiętała z dawnego życia. Nie umiałaby już żyć w tym zwykłym szarym świecie. Usłyszała, że ktoś za nią przesuwa się na łóżku. Zerknęła. Zobaczyła gołe plecy i ciemne włosy. Pocałowała mężczyznę w czubek głowy, czując w nozdrzach znajomy zapach.

- Oj, kochanie - mruknęła, ubierając luźną sukienkę bez ramiączek. W pokoju panował niesamowity zaduch, więc przeszła na drugą stronę i otworzyła okno. Od razu do środka wpadł zapach porannego Los Ageles. Kochała to miasto. Kochała to co jej dało. Kochała jego mieszkańców. A szczególnie jej dzisiejszego towarzysza. Spojrzała na niego jeszcze raz, po czym wyszła z pokoju. Nie zamykała drzwi tylko od razu zbiegła cicho po schodach do sali prób. Po drodze jednak jeszcze przykryła kocem Hamiltona z dziewczyną, której nie znała. Spali pod ścianą złączeni w uścisku. 

- Kiedy zmądrzejesz, bracie? - spytała samą siebie, patrząc na basistę. Jednak po chwili odwróciła się i przemknęła do schodów ukrytych za garderobą. Po cichu zeszła na dół. Drzwi były uchylone. Nikt nigdy nie zamykał sali prób, więc nie zdziwiło jej to ani trochę. Weszła do środka. Zapaliła światło. Z mroku wyłoniły się instrumenty i dwa ciała. Rozpoznała je bez większego problemu. W końcu jedno z nich należało do Perry'ego, a drugie Rosalie. Mimo, że poznała ją dopiero dzień wcześniej, zdążyła ją polubić. A wręcz pałała do czarnulki matczynym instynktem. Gdy przyszła do baru, gdzie umówiła się ze Stevenem, widziała ją w kącie z przyjaciółką. Potem wrzeszczał na nią ten popierdolony blondyn, który chciał postawić jej drinka. Gdyby nie Joey pewnie coś by jej się stało. Kramer nieźle mu walnął. Blondyn stracił przytomność na miejscu. Rosalie krzyczała na perkusistę bez powodu i chciała nawet zająć się tym damskim bokserem, ale Joe ją wyprowadził. Teraz leżeli przed nią przytuleni do siebie, dziwnie spokojni. Gdyby nie to, że byli kompletnie naćpani pomyślałaby, że pięknie razem wyglądają. 

- Perry, ty gnoju! - rzuciła do nieprzytomnego gitarzysty i chlasnęła go z otwartej dłoni w policzek. Nie zareagował. Westchnęła. Z nim nie dało się nic zrobić. Przeniosła więc uwagę na Rosalie. Dziewczyna leżała na Joe. Claire podniosła jego rękę, którą ją obejmował i zaczęła delikatnie podnosić Rosie. Szło jej lepiej niż przypuszczała. Gdy przewlekła czarną na fotel, wzięła jakąś miskę z podłogi, nalała zimnej wody i zamachnęła się. 

- Kuuuurwaaa!

Rosalie krzyknęła tak głośno i przeraźliwie, że Claire musiała zasłonić sobie uszy dłońmi. Czarna gwałtownie skoczyła na nogi, ale momentalnie upadła z powrotem na fotel, cichnąc. Po pierwszym szoku wpatrywała się w Claire z miną przestraszonego szczeniaka. Trzymała się kurczowo oparć, wbijając w nie palce tak mocno, aż jej zbielały. Uff... Nawet dobrze poszło, pomyślała blondynka, odgarniając włosy z twarzy. Jak się również spodziewała Perry mruknął tylko coś przez sen i przewrócił na drugi bok.

- Za godzinę się tobą zajmę - mruknęła w jego stronę, ale zaraz spojrzała znowu na Rosalie. Cała mokra i przestraszona, z oczami jak spodki od herbaty wyglądała żałośnie. Coś poruszyło się w sercu Claire. Uśmiechnęła się z politowaniem i łagodnie powiedziała:

- Chodź ze mną, kochanie.

Rosie nie poruszyła się. Claire uznała to za zgodę, więc zerwała z Joe koc i okryła nim dziewczynę. Później pomogła jej wstać, przeprowadziła wolno przez salę prób, schody, aż w końcu dotarły do łazienki. Pięknie, pomyślała dziewczyna, widząc rozwalonego Brada. Leżał na podłodze, ale wystarczyło, że blondynka go kopnęła a ocknął się i wyczołgał na zewnątrz. Claire zaczęła przygotowywać Rosalie do kąpieli. Napuściła gorącej wody, dodała jakiegoś olejku, rozebrała ją i wepchnęła do wanny. Czarna pozwalała jej na wszystko. Zachowywała się jakby była nieświadoma tego co dzieje się dookoła. Albo po lobotomii, Claire skrzywiła się pod nosem. To nie było dla niej nic nowego, ale jeszcze nigdy nie zajmowała się naćpaną dziewczyną. Najwyżej takowe wywalała z łóżek członków zespołu. Robiła dużo dla Stevena i reszty. Mówili, że to ona jest ich prawdziwym managerem. Pilnowała, żeby na nagrania byli trzeźwi, wysyłała na wywiady, odbierała rzeczy z pralni. Była ich mamą. Zajmowała się nimi wszystkimi, gdy było dobrze, a gdy było źle robiła to z podwójną starannością. Jednak mimo to nie narzekała. Trudno było wytrącić ją z równowagi. 

Westchnęła. 

Wylała trochę szamponu na gęste włosy Rosie i zaczęła je myć. Robiła to już automatycznie. Ile razy ogarniała w ten sam sposób Tylera, Joe, Brada, Toma czy Kramera. Zmywała pianę z czarnych loków, gdy usłyszała ledwo niedosłyszalny szept swojej podopiecznej. 

- Co mówisz, kochanie? - spytała, ale dziewczyna w ogóle jej nie słyszała, więc Claire nachyliła się, żeby rozpoznać słowa.

- Sebastian... Sebastian...

Rosie powtarzała to imię w kółko jeszcze po wyjściu z wanny.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Lika A Rolling Stone - Part 12


Rosalie otworzyła oczy. Jak za mgłą zobaczyła raz, dwa, trzy pary oczu, a potem reszte twarzy. Wszystkie schylały się nad nią, a ich właściciele uporczywie się w nią wpatrywali. Zmrużyła oczy i potarła je dłonią. Po chwili obraz zaczął wracać do normy. Zobaczyła Erin, Claire i jeszcze kogoś. Mężczyznę. Znała go, ale nie miała pojęcia skąd. 

- O, Bożeno... Ale masz wielki nos - mruknęła na wpół śpiąco, by po chwili mocno ziewnąć. 

- Głupia! Dobrze, że się obudziłaś! - Usłyszała głos Erin, a po chwili poczuła mokry pocałunek na policzku i znajome perfumy. Nieprzytomnie skierowała wzrok na dziewczynę.

- Czemu głupia? - spytała. Jednak przed poznaniem odpowiedzi musiała wstać. Czuła się niekomfortowo, leżąc tak bezczynnie przed nimi. Podparła się na łokciach, ale zaraz tego pożałowała. Zakręciło jej się w głowie i zamiast stanąć na nogi, przeturlała się na fotel, stojący tuż obok łóżka. - O, kurwa! - wyrwało jej się, gdy próbowała ogarnąć gdzie jest góra a gdzie dół. 

- Czekaj. Pomogę ci. - Miękki męski głos sprawił, że przez ciało Rosalie przeszedł niekontrolowany dreszcz. Próbowała zrzucić to na swój stan, ale nie mogła pozbyć się dziwnego uczucia, które mówiło coś o tym gościu. Coś. Tylko co do cholery? I skąd ja go znam?!, pytała w myślach, próbując przypomnieć sobie cokolwiek z dnia poprzedniego. Ale im bardziej się starała tym wspomnienia zdawały się oddalać, aż powoli jedno po drugim znikały.

Ktoś się roześmiał i pomógł stanąć. Silny, ciepły uścisk. Hm... Miło, pomyślała, uśmiechając się pod nosem.

- Lepiej?

Podniosła wzrok i momentalnie przypomniała sobie skąd znała tego faceta. Długie ciemne włosy nieco zasłaniały jej widok twarzy, ale i tak wiedziała już kto to. Trochę ją zamurowało, ale nie na długo. Wyprostowała się, łapiąc jego ręce, które ciągle leżały na je talii i uwolniła się z uścisku. 

- Dzięki - powiedziała wyzywająco, stojąc naprzeciwko Joe. - Zdecydowanie obejdę się bez pomocy. Rose tak w ogóle - mruknęła i wyciągnęła rękę w stronę gitarzysty. Perry zmierzył ją od góry do dołu i tak kilka razy zanim leniwie podał dłoń. 

- Perry. Mogę ci powiedzieć coś niedyskretnego?

Rose spojrzała na niego pytająco, ale on był zbyt zajęty gapieniem jej się w biust. Westchnęła. Podniosła mu twarz do góry i pokazała, gdzie ma patrzeć.

- Tu mam oczy! - rzuciła, jednak nie doczekała się odpowiedzi, bo drzwi pokoju gwałtownie się otworzyły, a do środka wparował nie kto inny jak Steven Tyler w płaszczu w panterkę i różową apaszką na głowie. Z nikim się nie przywitał tylko podszedł prosto do Claire i momentalnie ją pocałował. Cóż. Dla Rosalie nie był to pocałunek, a zamiar pochłonięcia jej przyjaciółki. Oboje wessali się tak mocno w siebie nawzajem, że czarnej było, aż głupio patrzeć. Udawała, że podziwia wnętrze. Jednak Tyler atakował usta Claire tak głośno, że nie dało się skupić na czymkolwiek innym. Na pewno ją połknie przez te wielkie usta i nawet tego nie zauważy, pomyślała, obserwując przedstawienie. Dokładnie w tym samym momencie usłyszała za sobą śmiech, zupełnie jakby Perry czytał jej w myślach. I chyba tak było, bo patrzył na nią jednoznacznie.

- Co? - warknęła niezbyt miło.

- Szkoda, że nie widziałaś swojej miny. 

Rosalie zgromiła go wzrokiem, więc Joe podniósł ręce w obronnym geście i zaczął pchać ją w stronę wyjścia. Dziewczyna chciała zaprotestować, ale Erin podążała ich śladem, więc nie miała wyboru. Dała sobą kierować jeszcze przez długi ciemny korytarz, coś co wyglądało jak salon, schody w dół i wreszcie ich wycieczka się skończyła. 

- Ciemno jak w dupie - skwitowała, ale coś pstryknęło i z czeluści zaczęły powoli wyłaniać się instrumenty. Pełno gryfów, pałeczek, mikrofonów, kolumn, odsłuchów, kaczek i mikserów. Zbyt dobrze znała ten świat, żeby przejść między tym całym sprzętem bez jakiegokolwiek uczucia. Podeszła do najbliższego basu i delikatnie przejechała dłonią po strunach. Potem zrobiła to samo z mikrofonem. Chodziła tak pomiędzy instrumentami zupełnie jakby witała się ze swoimi dziećmi. Ostatnim przystankiem była perkusja. Rosalie stała wgapiona w bębny przez dobrą chwilę. Nawet nie zwróciła uwagi na Erin, która pożegnała się szybko, tłumacząc się spotkaniem. Axl, przeleciało Rosie przez głowę intuicyjnie.

- Tylko wrócisz dziś na noc? - spytała na odchodnym, patrząc podejrzliwie na Joe.

- Tak, tak. Pewnie. Kupię wino - mruknęła Rosalie, nie patrząc w stronę dziewczyny tylko podeszła do perkusji i usiadła na stołku. Czuła się jak totalna pierdoła. Gorzej. Nieudacznik. Nie wiedziała, gdzie jest, jak tu trafiła, ani który mają dzień tygodnia. Porażka. Starała się robić dobrą minę do złej gry, ale wiedziała, że już dawno się przeliczyła. To było silniejsze od niej. Kurwa! Próbowała to zapić, zaćpać, ale nic nie pomagało. Tylko popadała w coraz większego doła. Długo nie chciała się przyznać do powodu. Ale teraz nie miała wyjścia. Nie powinna tęsknić za Stevenem, ale wszystko w tym pierdolonym LA przypominało jej Popcorna. Ulice, bary, znajomi, muzyka, nawet wino. A teraz jeszcze to. Popatrzyła krzywo na kocioł i nagle poczuła przypływ nieograniczonej złości. Złapała bęben obiema rękami i cisnęła nim o ścianę. 

- Ty chuju! - wrzasnęła i momentalnie złapała talerz. Pociągnęła z całej siły i rzuciła przed siebie. - Jak... - Tym razem poleciał werbel. - Mogłeś... - Stojak bębna. - Mi... - Ride trafił w kanapę zagłuszając dźwięk uderzenia. - To... Zrobić?!

Zapomniała o Perrym, który do tej pory tylko ją obserwował, ale gdy talerz uderzył w ścianę tuż nad jego głową, postanowił powstrzymać tę furiatkę zanim zrobi komuś krzywdę. Jednak trochę to trwało. Rosalie odrywała części perkusji po elemencie, powodując największe nieziemski hałas. I chujowe szkody od czasu kurwa Potopu, pomyślał, próbując dotrzeć do dziewczyny. Gdy ją zobaczył pierwszy raz, nie sądził, że ta delikatna piękność może tak się wkurzyć. I nie musiał pytać na kogo. Robiła taki burdel, że ledwo słyszał własne myśli. Co chwilę krzyczał, żeby się uspokoiła, ale w zamian dostawał pałeczkami albo innymi częściami perkusji. 

- Cholerne gówno! - Usłyszał, a po chwili tuz przed nosem przeleciała mu stopa.

- Pierdolona kurwa!

Nie zdążył się odwrócić, gdy kocioł dosłownie walnął go w twarz. Joe złapał bęben, ale nie utrzymał równowagi i poleciał do tyłu razem z instrumentem. Poczuł ból w plecach, a sufit zaczął się kręcić. Po chwili do obrazu dołączyła zmartwiona twarz Rosalie. Latała dookoła niego zupełnie jakby był w pralce, a dziewczyna doglądała swojego prania. 

- Tak bardzo przepraszam! - powiedziała, a jej głos mówił, że była naprawdę przestraszona. - Ja... Nie wiem co we mnie wstąpiło. Ja... No, nie chciałam. Wszystko z tobą w porządku? Ile widzisz palców?

I wepchnęła mu pod nos dłoń. Joe starał się zliczyć te wszystkie palce dookoła, ale nie pierdolnęło go, aż tak, żeby nie wiedział, że jedna dziewczyna nie może mieć pięciu rąk. 

- Pięć? - mruknął zdezorientowany.

- Też dobrze. Chodź - odetchnęła Rosalie, pomagając mu wstać. Posadziła go na kanapie i klęknęła przed nim, opierając łokcie na kolanach Perry'ego. Przez cały czas obserwowała Joe czy aby na pewno wszystko z nim w porządku i za chwilę nie straci przytomności. - Czegoś ci potrzeba? - spytała, widząc, że wraca do siebie. 

Perry odgarnął fale z czoła i spojrzał na dziewczynę. Widział troskę w jej oczach i wiedział, że teraz łatwiej będzie ją wykorzystać. Oj, sama będzie chciała, uśmiechnął się w myślach i wskazał jej półkę przy drzwiach.

- Po lewej jest puszka. Przynieść ją.

Usłuchała. Perry wyjął woreczek, na czarnym stoliku usypał dwie kreski i zwinął studolarówkę, którą nosił w tylnej kieszeni spodni w rurkę. Podał ją Rosalie.


- Smacznego, dziecinko.

Łączna liczba wyświetleń