- Gdzie jedziemy?
- Do domu, kochanie.
- Mojego?
- Do naszego.
- Nie. Ja muszę pojechać do mojego domu.
- To zrobimy tak: pojedziemy do nas, zostawicie mnie, a Sebastian cię zawiezie. Dobrze?
Nikt już nie odpowiedział.
***
Sebastian otworzył drzwi. Ciągle nie mógł przywyknąć do całego tego luksusu, który dosłownie wybijał się z każdego kąta. W sumie nie dziwił się temu wszystkiemu. Dylan bardzo dobrze zarabiała, ale była skromna, więc nie przesadzała z wystrojem Heavenhouse. Nie to, co Perry. Nie dość, że miał pełno kasy, to jeszcze uwielbiał z niej korzystać. Jak każdy, uśmiechnął się do siebie blondyn i spojrzał na siostrę. Ta nawet na niego nie spojrzała i bez czekania, weszła do domu, gdzie po dwóch krokach się zatrzymała. Sebastian myślał, że wybuchnie płaczem, wybiegnie lub po prostu będzie przeklinać. Jednak przeliczył się. Rosie rozejrzała się wolno, patrząc w prawo i w lewo, głęboko odetchnęła, po czym ruszyła naprzód prosto w kierunku białej skórzanej sofy. Kanapa stała naprzeciw drzwi wejściowych w miejscu obniżenia podłogi. Trzeba było zejść dwa stopnie, gdzie stały dwie sofy, a między nimi duży przezroczysty stolik. Tak, pomyślał Sebastian. Za każdym razem, gdy odwiedzał siostrę, spadał, zahaczał lub przewracał się na tych podstępnych schodkach. Dylan jednak nie miała z nimi problemu. Usiadła z ciężkim westchnieniem i podkurczyła nogi. Jednak wcześniej wzięła biało-czerwoną poduszkę i wtuliła w nią twarz.
- To zostawię ci tu walizkę, ok? - spytał Sebastian, nie czekając zbytnio na odpowiedź. Dziewczyna mruknęła coś, nie podnosząc głowy. Blondyn wziął to za potwierdzenie. Postawił wielką walizkę pod ścianą i włożył ręce do kieszeni. Wnętrze zostało takie jakie pamiętał je od ostatniego razu. Nowoczesne z fikuśnymi meblami, pełną, dużą lodówką na przeróżne alkohole, stołem bilardowym i wielkim garażem na samochody. Do sypialni Dylan i Perry'ego nigdy nie wchodził. Czasem tu nocował, gdy Claire wyrzucała go z domu. Nic się tu nie zmieniło. Tylko trochę pusto. I depresyjnie. Chłopak odrzucił włosy do tyłu i skupił z powrotem uwagę na skulonej na kanapie dziewczynie. Czuł, że Dylan wcale nie chciała tu przyjeżdżać po rzeczy. Nie miała zamiaru go opuszczać. To był teraz jej dom i planowała tam zostać. Jak zwykle postanowiła zrobić to, co chciała. Sebastian zdawał sobie z tego sprawę już wtedy, gdy wysadzili Claire. Ta kazała mu pod żadnym pozorem nie zostawiać czarnej samej, zabrać ubrania i przywieźć do nich jak najszybciej. Jego siostra nie musiała nic mówić, żeby wiedział, że ma sobie iść. Westchnął. Nie mógł z nią zostać, bo niedługo miał się zacząć koncert, a właściwie próba generalna przed koncertem, jednak i tak nie miał zamiaru spóźniać się na nią jak ostatni pedał. Musiał znaleźć kogoś do przypilnowania siostrzyczki. Claire odpadała, ale wpadła mu do głowy Erin. Poszedł szybko do kuchni po telefon, wystukał numer i czekał.
- No, odbierz - mruczał pod nosem, wystukując niecierpliwie rytm na blacie.
- Tu, Erin. - Słodki, dobrze znany mu głos zaśpiewał w słuchawce.
- Erin! Tu Seba...
- Nie ma mnie w domu. Zaśpiewaj po sygnale.
Sebastian skrzywił się, spojrzał na słuchawkę i odłożył ją z powrotem. Poszukał w myślach znajomych, którzy mogliby zająć się podłamaną dziewczyną. Gunsi odpadali. To było raczej oczywiste. Z zasady. W dodatku nie chciał na siłę podstawiać pod nos Dylan ludzi. Sama powinna zdecydować kiedy się z nimi spotka. No, frajerze. Myśl! Kto jeszcze?! Ale to było jak walenie głową w ścianę. Nie znał nikogo odpowiedzialnego, wolnego i godnego zaufania. Wszyscy byli nieodpowiednimi chujami. Tommy. Nie, Tommy też odpadał. Kurwa! Nikogo normalnego nie znam!, krzyczał w myślach. Jeszcze raz pełen nadziei wybrał numer do Erin. Znowu włączyła się sekretarka.
- Zajebiście! - wrzasnął, po czym wrócił do salonu.
- Co ty kurwa robisz w moim domu?
Bach stanął jak rażony piorunem. W drzwiach wejściowych stał nie kto inny jak Joe Perry. W samej skórzanej kamizelce najczęściej podrywał nowe panny. Miał też gitarę przewieszoną przez plecy. Wracał może z próby albo koncertu. Sebastian cicho przełknął ślinę. Zerknął kątem oka na kanapę, gdzie spodziewał się zobaczyć swoją siostrę, ale jej już tam nie było. Przeklął w myślach. Musiał sam sobie poradzić z Perrym. Nie mieli dobrych relacji jeśli takowe w ogóle istniały. Joe nie mógł mu zapomnieć tej akcji w barze, gdy najebany w trzy dupy szarpał Dylan. I chociaż minął ponad rok, dotrzymywał słowa. Blondyn przychodził tutaj tylko wtedy, gdy gitarzysty nie było. Mógł spokojnie spędzać czas z siostrą. Do teraz.
- A tak się rozglądam - odpowiedział. Chciał, żeby zabrzmiało to pewnie, ale niezbyt mu się to udało. Perry od razu to wyczuł i tylko uśmiechnął się pod nosem.
- Wypierdalaj - mruknął, przechodząc w głąb domu na kanapę dokładnie w to samo miejsce, gdzie przed chwilą siedziała Rosie. Przerzucił gitarę do przodu, usiadł i odpalił papierosa, którego wcześniej trzymał za uchem. Sebastian patrzył na niego, nie ruszając się z miejsca. Nie miał zamiaru ruszać się stamtąd, dopóki nie wiedział, gdzie była Dylan. Tylko nie miał pojęcia czy uświadomić Perry'ego, że jego była jest gdzieś w domu czy pójść jej szukać. - Czego tak kurwa stoisz, pedale? - Joe odrzucił włosy charakterystycznym ruchem głowy i patrzył wymownie na blondyna sterczącego w przejściu. - I co tu robi ta walizka? - dodał, wskazując petem bagaż. Sebastian naprawdę nie wiedział, co odpowiedzieć. Zawsze był wygadany, a teraz czuł jakby ktoś ściągnął mu spodnie i kazał śpiewać hymn. Gitarzysta Aerosmith był dość dużo od niego starszy, ale nie aż tak, żeby Bach musiał do niego mówić 'Per Pan'. Wyprostował się, bo wiedział już co zrobić.
- Przywiozłem parę rzeczy - powiedział władczo i skierował się szybko w stronę drzwi. Joe nie zdążył zareagować, gdy blondyn odwrócił się jeszcze i rzucił przez ramię:
- A. I Rosie wróciła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz