Rosalie otworzyła oczy. Jak za mgłą zobaczyła raz, dwa, trzy pary oczu, a potem reszte twarzy. Wszystkie schylały się nad nią, a ich właściciele uporczywie się w nią wpatrywali. Zmrużyła oczy i potarła je dłonią. Po chwili obraz zaczął wracać do normy. Zobaczyła Erin, Claire i jeszcze kogoś. Mężczyznę. Znała go, ale nie miała pojęcia skąd.
- O, Bożeno... Ale masz wielki nos - mruknęła na wpół śpiąco, by po chwili mocno ziewnąć.
- Głupia! Dobrze, że się obudziłaś! - Usłyszała głos Erin, a po chwili poczuła mokry pocałunek na policzku i znajome perfumy. Nieprzytomnie skierowała wzrok na dziewczynę.
- Czemu głupia? - spytała. Jednak przed poznaniem odpowiedzi musiała wstać. Czuła się niekomfortowo, leżąc tak bezczynnie przed nimi. Podparła się na łokciach, ale zaraz tego pożałowała. Zakręciło jej się w głowie i zamiast stanąć na nogi, przeturlała się na fotel, stojący tuż obok łóżka. - O, kurwa! - wyrwało jej się, gdy próbowała ogarnąć gdzie jest góra a gdzie dół.
- Czekaj. Pomogę ci. - Miękki męski głos sprawił, że przez ciało Rosalie przeszedł niekontrolowany dreszcz. Próbowała zrzucić to na swój stan, ale nie mogła pozbyć się dziwnego uczucia, które mówiło coś o tym gościu. Coś. Tylko co do cholery? I skąd ja go znam?!, pytała w myślach, próbując przypomnieć sobie cokolwiek z dnia poprzedniego. Ale im bardziej się starała tym wspomnienia zdawały się oddalać, aż powoli jedno po drugim znikały.
Ktoś się roześmiał i pomógł stanąć. Silny, ciepły uścisk. Hm... Miło, pomyślała, uśmiechając się pod nosem.
- Lepiej?
Podniosła wzrok i momentalnie przypomniała sobie skąd znała tego faceta. Długie ciemne włosy nieco zasłaniały jej widok twarzy, ale i tak wiedziała już kto to. Trochę ją zamurowało, ale nie na długo. Wyprostowała się, łapiąc jego ręce, które ciągle leżały na je talii i uwolniła się z uścisku.
- Dzięki - powiedziała wyzywająco, stojąc naprzeciwko Joe. - Zdecydowanie obejdę się bez pomocy. Rose tak w ogóle - mruknęła i wyciągnęła rękę w stronę gitarzysty. Perry zmierzył ją od góry do dołu i tak kilka razy zanim leniwie podał dłoń.
- Perry. Mogę ci powiedzieć coś niedyskretnego?
Rose spojrzała na niego pytająco, ale on był zbyt zajęty gapieniem jej się w biust. Westchnęła. Podniosła mu twarz do góry i pokazała, gdzie ma patrzeć.
- Tu mam oczy! - rzuciła, jednak nie doczekała się odpowiedzi, bo drzwi pokoju gwałtownie się otworzyły, a do środka wparował nie kto inny jak Steven Tyler w płaszczu w panterkę i różową apaszką na głowie. Z nikim się nie przywitał tylko podszedł prosto do Claire i momentalnie ją pocałował. Cóż. Dla Rosalie nie był to pocałunek, a zamiar pochłonięcia jej przyjaciółki. Oboje wessali się tak mocno w siebie nawzajem, że czarnej było, aż głupio patrzeć. Udawała, że podziwia wnętrze. Jednak Tyler atakował usta Claire tak głośno, że nie dało się skupić na czymkolwiek innym. Na pewno ją połknie przez te wielkie usta i nawet tego nie zauważy, pomyślała, obserwując przedstawienie. Dokładnie w tym samym momencie usłyszała za sobą śmiech, zupełnie jakby Perry czytał jej w myślach. I chyba tak było, bo patrzył na nią jednoznacznie.
- Co? - warknęła niezbyt miło.
- Szkoda, że nie widziałaś swojej miny.
Rosalie zgromiła go wzrokiem, więc Joe podniósł ręce w obronnym geście i zaczął pchać ją w stronę wyjścia. Dziewczyna chciała zaprotestować, ale Erin podążała ich śladem, więc nie miała wyboru. Dała sobą kierować jeszcze przez długi ciemny korytarz, coś co wyglądało jak salon, schody w dół i wreszcie ich wycieczka się skończyła.
- Ciemno jak w dupie - skwitowała, ale coś pstryknęło i z czeluści zaczęły powoli wyłaniać się instrumenty. Pełno gryfów, pałeczek, mikrofonów, kolumn, odsłuchów, kaczek i mikserów. Zbyt dobrze znała ten świat, żeby przejść między tym całym sprzętem bez jakiegokolwiek uczucia. Podeszła do najbliższego basu i delikatnie przejechała dłonią po strunach. Potem zrobiła to samo z mikrofonem. Chodziła tak pomiędzy instrumentami zupełnie jakby witała się ze swoimi dziećmi. Ostatnim przystankiem była perkusja. Rosalie stała wgapiona w bębny przez dobrą chwilę. Nawet nie zwróciła uwagi na Erin, która pożegnała się szybko, tłumacząc się spotkaniem. Axl, przeleciało Rosie przez głowę intuicyjnie.
- Tylko wrócisz dziś na noc? - spytała na odchodnym, patrząc podejrzliwie na Joe.
- Tak, tak. Pewnie. Kupię wino - mruknęła Rosalie, nie patrząc w stronę dziewczyny tylko podeszła do perkusji i usiadła na stołku. Czuła się jak totalna pierdoła. Gorzej. Nieudacznik. Nie wiedziała, gdzie jest, jak tu trafiła, ani który mają dzień tygodnia. Porażka. Starała się robić dobrą minę do złej gry, ale wiedziała, że już dawno się przeliczyła. To było silniejsze od niej. Kurwa! Próbowała to zapić, zaćpać, ale nic nie pomagało. Tylko popadała w coraz większego doła. Długo nie chciała się przyznać do powodu. Ale teraz nie miała wyjścia. Nie powinna tęsknić za Stevenem, ale wszystko w tym pierdolonym LA przypominało jej Popcorna. Ulice, bary, znajomi, muzyka, nawet wino. A teraz jeszcze to. Popatrzyła krzywo na kocioł i nagle poczuła przypływ nieograniczonej złości. Złapała bęben obiema rękami i cisnęła nim o ścianę.
- Ty chuju! - wrzasnęła i momentalnie złapała talerz. Pociągnęła z całej siły i rzuciła przed siebie. - Jak... - Tym razem poleciał werbel. - Mogłeś... - Stojak bębna. - Mi... - Ride trafił w kanapę zagłuszając dźwięk uderzenia. - To... Zrobić?!
Zapomniała o Perrym, który do tej pory tylko ją obserwował, ale gdy talerz uderzył w ścianę tuż nad jego głową, postanowił powstrzymać tę furiatkę zanim zrobi komuś krzywdę. Jednak trochę to trwało. Rosalie odrywała części perkusji po elemencie, powodując największe nieziemski hałas. I chujowe szkody od czasu kurwa Potopu, pomyślał, próbując dotrzeć do dziewczyny. Gdy ją zobaczył pierwszy raz, nie sądził, że ta delikatna piękność może tak się wkurzyć. I nie musiał pytać na kogo. Robiła taki burdel, że ledwo słyszał własne myśli. Co chwilę krzyczał, żeby się uspokoiła, ale w zamian dostawał pałeczkami albo innymi częściami perkusji.
- Cholerne gówno! - Usłyszał, a po chwili tuz przed nosem przeleciała mu stopa.
- Pierdolona kurwa!
Nie zdążył się odwrócić, gdy kocioł dosłownie walnął go w twarz. Joe złapał bęben, ale nie utrzymał równowagi i poleciał do tyłu razem z instrumentem. Poczuł ból w plecach, a sufit zaczął się kręcić. Po chwili do obrazu dołączyła zmartwiona twarz Rosalie. Latała dookoła niego zupełnie jakby był w pralce, a dziewczyna doglądała swojego prania.
- Tak bardzo przepraszam! - powiedziała, a jej głos mówił, że była naprawdę przestraszona. - Ja... Nie wiem co we mnie wstąpiło. Ja... No, nie chciałam. Wszystko z tobą w porządku? Ile widzisz palców?
I wepchnęła mu pod nos dłoń. Joe starał się zliczyć te wszystkie palce dookoła, ale nie pierdolnęło go, aż tak, żeby nie wiedział, że jedna dziewczyna nie może mieć pięciu rąk.
- Pięć? - mruknął zdezorientowany.
- Też dobrze. Chodź - odetchnęła Rosalie, pomagając mu wstać. Posadziła go na kanapie i klęknęła przed nim, opierając łokcie na kolanach Perry'ego. Przez cały czas obserwowała Joe czy aby na pewno wszystko z nim w porządku i za chwilę nie straci przytomności. - Czegoś ci potrzeba? - spytała, widząc, że wraca do siebie.
Perry odgarnął fale z czoła i spojrzał na dziewczynę. Widział troskę w jej oczach i wiedział, że teraz łatwiej będzie ją wykorzystać. Oj, sama będzie chciała, uśmiechnął się w myślach i wskazał jej półkę przy drzwiach.
- Po lewej jest puszka. Przynieść ją.
Usłuchała. Perry wyjął woreczek, na czarnym stoliku usypał dwie kreski i zwinął studolarówkę, którą nosił w tylnej kieszeni spodni w rurkę. Podał ją Rosalie.
- Smacznego, dziecinko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz