- Wiesz co jest nie tak z tym światem?
- No co?
- To, że ludzie, każda pieprzona osoba jest tak cholernie niemiła dla drugiej. Nie rozumiem tego. Kontrola. Osądzanie. Cholerne społeczeństwo! Pierdolone społeczeństwo! Same fiuty!
- O jakich ludziach mówimy?
- No, wiesz, rodzice, hypokryci, politycy, wszystkie te chuje.
- Nie przesadzasz zbytnio? Już powoli zaczyna siadać ci na mózg. Nie jest za dobrze babrać się w tym syfie.
- Dlatego najlepiej zostać buszmenem. Tam przynajmniej nikt nie będzie kazał ci co robić.
- A teraz ktoś ci każe? Nie marnuj czasu na takie badziewie.
Izzy z Bachem stali przed domem i palili papierosy jeden po drugim. Sebastian przybył z wiadomością dwa dni wcześniej i do tego ranka nic nie zrobili prócz porządnego pijaństwa. Obaj ze Stradlinem obudzili się jako pierwsi, więc skorzystali z chwili spokoju, by w ciszy zapalić. Jednak drzwi Hellhouse nagle się otworzyły i stanęła w nich jasnowłosa Debbie. Luźna koszulka Blondie nie zasłaniała w pełni jej biustu czym przykuła uwagę dwójki maruderów. Dziewczyna popatrzyła na nich przez chwilę.
- Będziecie tak stali czy któryś da mi fajkę? - powiedziała lekko władczym tonem, podchodząc bliżej. Izzy tylko uśmiechnął się pod nosem, zostawiając zaszczyty Sebastianowi. Ten dosłownie ślinił się na widok Adler. Deb podziękowała gestem, po czym odchyliła się, by wypuścić dym. - Nie mogłeś zostać trochę dłużej? - rzuciła nie wiadomo do kogo. Jednak Bach zrozumiał aluzję. Dziewczyna zaakcentowała to w idealny sposób. Wczoraj długo razem pili i pewnie gdyby nie Slash, który zabrał dziewczynę do kuchni, żeby zrobiła kociołek Panoramiksa, pewnie zaciągnąłby ją do któregoś z pokoi. Uśmiechnął się pod nosem i już chciał odpowiedzieć, gdy uprzedził go Stradlin:
- Nie dało się słuchać tej jęczącej kurwy Slasha za ścianą. Aż dziwne, że nie słyszałaś.
- Spałam jak zabita - mruknęła blondynka, uśmiechając się zadziornie do czarnego. Chłopak tylko złapał ją w pół i przyciągnął do siebie, po czym wessał się w jej usta. Bach stał obok i nie mógł uwierzyć w to co widział. Co do ciężkiej cholery?! Musiał wyglądać jak totalny idiota, bo dziewczyna rzuciła tylko:
- Zamknij tą paszczę, Bach.
Usłuchał, ale nadal patrzył na dwójkę ludzi przed sobą jak na kosmitów.
- To wy... znaczy, no... Tego... Jesteście razem? - spytał w końcu, ale pytanie zabrzmiało jak uderzenie dzwonu bez serca. Głuche i stłumione w sobie. Kurwa. A już zapomniał o tej bogini Tylera i miał plany wobec uroczej siostrzyczki Adlera, ale nawet ją mu odebrali. Kto? No, proszę jebany Stradlin. Nudziarz, zaćpany do granic możliwości gitarzysta rytmiczny! Jebane gówno! Nie ma sprawiedliwości na tym jebanym świecie! Debbie i Izzy momentalnie popatrzyli na niego, a Sebastian poczuł jak kurczy się sam w sobie. Gdyby mógł, uciekłby stamtąd jak najszybciej.
- Tak tylko seksimy - mruknął Stradlin.
- A ty wara powiesz o tym Stevenowi lub komukolwiek innemu! - zagroziła Deb, jednak nie zdążyła dokończyć groźby, gdy z domu wyszedł a właściwie wypadł McKagan. Przystanął, by zbadać podwórze, a gdy zobaczył grupę, skierował się wolno w ich stronę. Wyglądał okropnie.
- Siema - mruknął na powitanie, po czym plasnął sobie dłonią prosto w twarz. Rozmasował jedno oko, ale potem jakby się rozmyślił i wrócił z powrotem do środka.
- Jezu! Co z nim? - zapytał Bach, starając się odwrócić uwagę od swojej osoby. - Jeszcze chyba takim go nie widziałem.
Debbie i Izzy popatrzyli na siebie wymownie i nic nie odpowiedzieli. Sebastian nie mógł siedzieć cicho, więc rzucił jeszcze:
- McKagan wczoraj dupczył jak wściekły. Powinien być zadowolony. Popcorn wyautowany, więc ma więcej dla siebie. A przecież o to chodzi. Wiecie, że sperma działa antydepresyjnie? Ciekawe kto przeprowadzał taki eksperyment. Pewnie jakiś zbok z ssącą mu fiuta dziwką. Pojebane jest to...
- Oh, zamkniesz się w końcu?! - przerwała mu Debbie, nie mająca zamiaru wysłuchiwać rozkmin Bacha. Blondyn był jej przyjacielem, ale teraz niemiłosiernie ją wkurwiał. Sebastian umilkł, ale wyglądał tak jakby zaraz miał się udusić. Trudno mu było siedzieć cicho. Chłopak zagryzł wargi i zmarszczył brwi byle tylko nic nie mówić. Deb szturchnęła Stradlina, żeby też popatrzył na starania Bacha, które wyglądały komicznie. Wyglądał jak nałogowy palacz, powstrzymujący się przed kaszleniem. Dziewczyna ukryła twarz w ramieniu Izzy'ego, dławiąc śmiech. Ale Sebastian i tak ją usłyszał.
- Kurwa! Tak się nie da! - wrzasnął blondyn z zamiarem nawrzeszczenia na śmiejącą się dwójkę, ale zrezygnował i za chwilę śmiał się z nimi.
- Popierdoliło cię?! Jesteśmy zespołem!
Głośny krzyk dobiegł ich nagle ze środka Hellhouse. Cała trójka spojrzała w stronę drzwi, nasłuchując.
- Długo jeszcze zamierzasz zdychać?!
- Odpierdol się, zdrajco jebany! Wszystko kurwa przez ciebie!
- Ogarnij dupę, fagasie! Nie tknąłem jej! A ty byś kurwa mógł ruszyć zad i zainteresować się czymś! Mamy niedługo koncert!
Reszta wrzasków została zagłuszona przez ciąg harley'ów, które jak na złość akurat przejeżdżały obok. Gdy hałasy ucichły, nikt się już nie kłócił. Cała trójka mogła za to podziwiać Stevena, który dosłownie wybiegł z Hellhouse i pobiegł w dół ulicy.
***
Obudziła się. Jak zwykle była lekko niewyspana, ale zdążyła już do tego przywyknąć. Im dłużej przebywała z zespołem tym coraz mniej pamiętała z dawnego życia. Nie umiałaby już żyć w tym zwykłym szarym świecie. Usłyszała, że ktoś za nią przesuwa się na łóżku. Zerknęła. Zobaczyła gołe plecy i ciemne włosy. Pocałowała mężczyznę w czubek głowy, czując w nozdrzach znajomy zapach.
- Oj, kochanie - mruknęła, ubierając luźną sukienkę bez ramiączek. W pokoju panował niesamowity zaduch, więc przeszła na drugą stronę i otworzyła okno. Od razu do środka wpadł zapach porannego Los Ageles. Kochała to miasto. Kochała to co jej dało. Kochała jego mieszkańców. A szczególnie jej dzisiejszego towarzysza. Spojrzała na niego jeszcze raz, po czym wyszła z pokoju. Nie zamykała drzwi tylko od razu zbiegła cicho po schodach do sali prób. Po drodze jednak jeszcze przykryła kocem Hamiltona z dziewczyną, której nie znała. Spali pod ścianą złączeni w uścisku.
- Kiedy zmądrzejesz, bracie? - spytała samą siebie, patrząc na basistę. Jednak po chwili odwróciła się i przemknęła do schodów ukrytych za garderobą. Po cichu zeszła na dół. Drzwi były uchylone. Nikt nigdy nie zamykał sali prób, więc nie zdziwiło jej to ani trochę. Weszła do środka. Zapaliła światło. Z mroku wyłoniły się instrumenty i dwa ciała. Rozpoznała je bez większego problemu. W końcu jedno z nich należało do Perry'ego, a drugie Rosalie. Mimo, że poznała ją dopiero dzień wcześniej, zdążyła ją polubić. A wręcz pałała do czarnulki matczynym instynktem. Gdy przyszła do baru, gdzie umówiła się ze Stevenem, widziała ją w kącie z przyjaciółką. Potem wrzeszczał na nią ten popierdolony blondyn, który chciał postawić jej drinka. Gdyby nie Joey pewnie coś by jej się stało. Kramer nieźle mu walnął. Blondyn stracił przytomność na miejscu. Rosalie krzyczała na perkusistę bez powodu i chciała nawet zająć się tym damskim bokserem, ale Joe ją wyprowadził. Teraz leżeli przed nią przytuleni do siebie, dziwnie spokojni. Gdyby nie to, że byli kompletnie naćpani pomyślałaby, że pięknie razem wyglądają.
- Perry, ty gnoju! - rzuciła do nieprzytomnego gitarzysty i chlasnęła go z otwartej dłoni w policzek. Nie zareagował. Westchnęła. Z nim nie dało się nic zrobić. Przeniosła więc uwagę na Rosalie. Dziewczyna leżała na Joe. Claire podniosła jego rękę, którą ją obejmował i zaczęła delikatnie podnosić Rosie. Szło jej lepiej niż przypuszczała. Gdy przewlekła czarną na fotel, wzięła jakąś miskę z podłogi, nalała zimnej wody i zamachnęła się.
- Kuuuurwaaa!
Rosalie krzyknęła tak głośno i przeraźliwie, że Claire musiała zasłonić sobie uszy dłońmi. Czarna gwałtownie skoczyła na nogi, ale momentalnie upadła z powrotem na fotel, cichnąc. Po pierwszym szoku wpatrywała się w Claire z miną przestraszonego szczeniaka. Trzymała się kurczowo oparć, wbijając w nie palce tak mocno, aż jej zbielały. Uff... Nawet dobrze poszło, pomyślała blondynka, odgarniając włosy z twarzy. Jak się również spodziewała Perry mruknął tylko coś przez sen i przewrócił na drugi bok.
- Za godzinę się tobą zajmę - mruknęła w jego stronę, ale zaraz spojrzała znowu na Rosalie. Cała mokra i przestraszona, z oczami jak spodki od herbaty wyglądała żałośnie. Coś poruszyło się w sercu Claire. Uśmiechnęła się z politowaniem i łagodnie powiedziała:
- Chodź ze mną, kochanie.
Rosie nie poruszyła się. Claire uznała to za zgodę, więc zerwała z Joe koc i okryła nim dziewczynę. Później pomogła jej wstać, przeprowadziła wolno przez salę prób, schody, aż w końcu dotarły do łazienki. Pięknie, pomyślała dziewczyna, widząc rozwalonego Brada. Leżał na podłodze, ale wystarczyło, że blondynka go kopnęła a ocknął się i wyczołgał na zewnątrz. Claire zaczęła przygotowywać Rosalie do kąpieli. Napuściła gorącej wody, dodała jakiegoś olejku, rozebrała ją i wepchnęła do wanny. Czarna pozwalała jej na wszystko. Zachowywała się jakby była nieświadoma tego co dzieje się dookoła. Albo po lobotomii, Claire skrzywiła się pod nosem. To nie było dla niej nic nowego, ale jeszcze nigdy nie zajmowała się naćpaną dziewczyną. Najwyżej takowe wywalała z łóżek członków zespołu. Robiła dużo dla Stevena i reszty. Mówili, że to ona jest ich prawdziwym managerem. Pilnowała, żeby na nagrania byli trzeźwi, wysyłała na wywiady, odbierała rzeczy z pralni. Była ich mamą. Zajmowała się nimi wszystkimi, gdy było dobrze, a gdy było źle robiła to z podwójną starannością. Jednak mimo to nie narzekała. Trudno było wytrącić ją z równowagi.
Westchnęła.
Wylała trochę szamponu na gęste włosy Rosie i zaczęła je myć. Robiła to już automatycznie. Ile razy ogarniała w ten sam sposób Tylera, Joe, Brada, Toma czy Kramera. Zmywała pianę z czarnych loków, gdy usłyszała ledwo niedosłyszalny szept swojej podopiecznej.
- Co mówisz, kochanie? - spytała, ale dziewczyna w ogóle jej nie słyszała, więc Claire nachyliła się, żeby rozpoznać słowa.
- Sebastian... Sebastian...
Rosie powtarzała to imię w kółko jeszcze po wyjściu z wanny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz