sobota, 1 marca 2014

Like a Rolling Stone - Part 1

     - Prosimy o zapięcie pasów. Za chwilę lądujemy.

 Zbudził ją donośny głos pilota w głośniku nad głową. Gwałtownie podniosła się, zapominając na ułamek sekundy gdzie jest. Uderzyła przypadkiem jakiegoś grubego faceta po prawej, ale chyba nie poczuł. Fałdy tłuszczu zamortyzowały cios. Uff. Spojrzała na niego jeszcze raz. Na koszulce miał bodajże logo Poison. Tak, to Poison. Aż zbierało się jej na wymioty, widząc jak się w niej nie mieści. Eh... trudno. Nieważne. Zjechała na siedzeniu, patrząc za okno. Świat na zewnątrz był szary. Niebo, ziemia też. To tylko asfalt, pomyślała i zamknęła oczy. Nagle poczuła lekkie szarpnięcie, usłyszała odgłos hamowania i w końcu samolot zwolnił. Tak, wylądowali. 

      - Prosimy o spakowanie i usunięcie z luk bagażów podręcznych i spokojne opuszczenie pokładu. 

     Posłusznie wyciągnęła swoją torbę i ze zniecierpliwieniem czekała, aż drzwi samolotu się otworzą. To najwyraźniej się przedłużyło, bo stała już tak około piętnastu minut, zanim drzwi się otworzyły. Nie spieszyło się jej, żeby pooddychać świeżym powietrzem i nie czuć smrodu spoconego faceta. A gdzie tam! W kolejce do wyjścia, jak zwykle była ostatnia. Mała blond istotka, zdecydowanie za mała jak na swoje siedemnaście lat. Posadzili ją koło tego zwała dla żartu. Bardzo udał im się ten żart. Bardzo... Westchnęła. Po jakimś czasie w końcu wysiadła. Udała się szybko z tłumem pasażerów, by odebrać swój bagaż główny, który był dość potężny. Tutaj znowu musiała czekać, aż gąsienica ruszy. W końcu zobaczyła rząd walizek wyjeżdżających po pasie. Musiała odczekać kolejne dziesięć minut zanim dostrzegła ogromną czarną torbę z wymazanymi białym markerem nazwami zespołów i śladach po przejściach wolno wlokącą się po pasie. Tak, to moja kochana Hari!, uśmiechnęła się w myślach. Czemu nie miała nazywać swojej walizki, która towarzyszyła jej praktycznie od zawsze? 

     Szybko zdjęła ją z taśmy i ruszyła do wyjścia. Po opuszczeniu hali i wyjściu na miejsce odpraw, zamurowało ją. Lotnisko było ogromne, a pośrodku stała ona jak ostatnia pierdoła. Stanęła, opierając się nonszalancko na walizce i zaczęła się rozglądać. Co chwila puszczała balony różową gumą. No, gdzie jesteś?, pytała jakby samą siebie, próbując dostrzec kogoś w tłumie.

     Wpatrywała się w grupki ludzi cieszących się z przyjazdu bliskich. Śmiejących się, żartujących. Czuła na sobie ich dziwne spojrzenia, gdy przechodzili obok. Zresztą, czemu się dziwiła? Mała blondynka, w złotych lateksowych spodniach, czarnych lśniących butach za kolana i z obrożą na szyi. Sado-maso nie była, więc co do cholery? Może dla nich to dziwne? Po prostu widzieli w niej swoje zbuntowane dzieci, pochłaniane przez tę szatańską falę jaką była muzyka inna od klasycznej. Albo po prostu jestem zbyt blond? Po chwili jednak poczuła czyjąś dłoń na nadgarstku. Odwróciła się i zobaczyła tlenioną czuprynę swojego kochanego braciszka.

     - Steven! - wykrzyknęła i szybko go przytuliła, puszczając na ziemię wielką walizę. 

     - Witaj w Los Angeles, malutka. Daj. - Jak zwykle oszczędny w słowach, Steve zabierał jej już bagaż główny. Jeszcze raz spojrzał na nią z uśmiechem i mruknął:

     - Jedziemy do... Em... Domu. - Wyszczerzył się do niej tak, jak za dawnych czasów.

     - Okej - odpowiedziała wesoło, po czym ruszyli na parking. Od razu rzuciło jej się w oczy duże, czarne auto, które wyglądało jak z filmu science-fiction. - Wow. Twoje? - zdołała wydukać, starając się nie parsknąć śmiechem.  

     - No coś ty! Izzy wypożyczył po tym jak Slash rozwalił vana. Tylko on gustuje w czymś takim. Na pierwszy rzut oka myślałem, że to karawan.

     Już spokojnie i na legalu wybuchnęła śmiechem. Tak, Steve zdecydowanie nigdy nie był inteligentną osobą i jak widać, trwało to nadal. Szybko wrzucił walizki do bagażnika i otworzył jej drzwi od strony pasażera, gestem zapraszając do środka. Posłusznie wsiadła. Ten usiadł za kierownicą i ruszył. Była może dziewiąta wieczorem. Jak na Los Angeles było to dość wcześnie. Życie dopiero się zaczynało. Co prawda już dało się zobaczyć, parę dziewczyn w skąpych strojach, kilku początkujących rockmenów usiłujących na siłę podobać się właśnie takim laskom, żeby tylko przelecieć jak najwięcej i gdzieniegdzie normalne menelstwo. W radiu leciało Call Me Blondie. Podgłośniła i oparła czoło o szybę. Patrząc na ludzi za oknem, zastanawiała się czy kiedykolwiek do tego przywyknie. Pożyjemy, zobaczymy. Miała tu zostać na całe wakacje. Rodzice raczej nie byli za tym pomysłem, ale perspektywa nudzenia się w ich malutkim domu przez całe wakacje zdecydowanie odpadała. I tak nie mieszkała z nimi tylko włóczyła się po znajomych. To tylko dwa miesiące, a potem znowu to samo.  Wrócić do siebie i robić swoje. Jednak musiała sobie zadać pytanie czy w ogóle miała ochotę wracać. Sama nie wiedziała. Chuj wie. 

     Po chwili poczuła jak samochód się zatrzymuje. Jednak nie było tu domów. Steve zatrzymał się praktycznie w centrum miasta. Wokół kluby, zero czegokolwiek, gdzie można by mieszkać. Z pytającym wyrazem twarzy, spojrzała na brata. 

     - Dlaczego tutaj? - zapytała, znów gapiąc się za okno jak chiński turysta.

     - Bo najpierw trzeba opić kochanie twoje przybycie, poznać cię z chłopakami i tak dalej. Zresztą, Slasha powinnaś pamiętać.

  Ukośnika? Co za idiota, by się tak nazywał?! Zapamiętałaby... 

     - Slasha? To ludzie tak tu nazywają tu swoje dzieci?

     - Em... Czekaj... Saul Hudson, pamiętasz? Kochałaś się w nim jako dziesięciolatka.

     No i znów wyszczerz. Tak, teraz doskonale pamiętała o kogo chodzi. Saul - najlepszy przyjaciel Steve'a z dzieciństwa, odkąd pamiętała zajebiście przystojny nastolatek. Ja pier papier! Naprawdę dawno go nie widziała. Ciekawe jak wyglądał? Spasł się? A może śmierdział piwskiem jak pierwszy lepszy menel?

     Koniec rozmyślań. Za dużo myślisz, kochanie. Po chwili poczuła jak drzwi od jej strony się otwierają. To Steve. Tak się zamyśliła, że nawet nie usłyszała jak wysiada. Szybko opuściła auto i stanęła przed wejściem do baru. Zobaczyła wielki szyld "The Roxy". Brat coś jej wspominał wcześniej o tym miejscu, ale... Nawet już nie pamiętała co. Steve tylko złapał ją za przedramię i pociągnął w stronę wejścia do baru. Szepnął coś ochroniarzowi i szybko weszliśmy. Wow. Mój brat jakąś szychą? Chyba, że tu pracuje?, myślała, patrząc z uznaniem na blondyna.

     Weszli do środka. Grała jakaś lokalna, denna kapela. Pełno ludzi. Rockmeni, skąpo ubrane laski, znowu rockmeni. Tyle tam tego było, aż dostawało się oczopląsu. Kurwa, nie pasuję tu zbytnio. Mały zagubiony punk raczej nie był tu mile widziany, sadząc po znaczących spojrzeniach ludzi naokoło. Drugi argument - nie widziała nikogo, kto przypominałby chociaż w jakimś stopniu ją. Ani jednej koszulki Sex Pistols, Blondie czy Television. Zamiast tego multum Aerosmith, Poison czy Motley Crue. Przepraszam, czy tu biją? Nie wiedziała jak było w LA, ale na ich zadupiu punki i rockersi raczej za sobą nie przepadali, uważając, że jedni plagiatują drugich. Sama często biła się o to ze Stevem, a ich wspólny pokój podzielili kredą na pół. Po jednej stronie wisiały plakaty Kiss, a po drugiej podobizny The Runaways i The Clash.

     Stała chwilę rozglądając się po wnętrzu, gdy po chwili usłyszała głośne śmiechy i wołania brata. Ruszyła w jego stronę, a raczej w stronę stolika przy którym siedział on i czterech innych chłopaków. W tym chyba Saul... Tak, to na pewno był Saul, czarne loki opadające na twarz i czarny... Ej, co to? Cylinder na głowie? Może taki jego styl..., pomyślała, ale nic nie powiedziała. Wcale nie był spasły, a idealnie szczupły jak kiedyś. Steve poklepał siedzenie obok siebie na znak, że ma zająć miejsce, także posłusznie usiadła. 

     - Chłopaki, oto moja kochana, zajebista siostrzyczka, Deb.

     Whut?! Ogarnij się! Spojrzała na niego spode łba.

     - Zajebista? Nie przesadzasz? Od kiedy to w ogóle się do mnie odzywasz? - zapytała, uśmiechając się krzywo. Steven zbył to uśmiechem. 

     - Pewnie to to whiskey - bąknął I kontynuował:

     - A teraz bez dalszych wstępów poznaj chłopaków. - Zaczął wymieniać po kolei. - Ten rudy w bandanie na łbie to Axl. Wokal. 

     - Cześć, śliczna - mruknął rudzielec, po czym wstał jak na rozkaz, sięgnął po jej dłoń i pocałował jej wierzch. Deb patrzyła na niego z lekką ironią.

     - Ty kurwa wiewióro romantyka nie zgrywaj.  Zobaczysz co zrobi jak go wkurwisz - odezwał się osobnik w lokach. - A tak w ogóle jestem S...

     - Pamiętam cię. Saul - przerwała mu obojętnym tonem jakbym mówiła o oddanych do pralni skarpetkach. 

     - Tak, Saul, ale teraz mała, mów mi Slash. No, nieźle wyrosłaś - mruknął i bez ociągania się szybko wstał, Debbie zaraz za nim i uściskali się. Slash mocno wtulił twarz w zagłębienie jej ramienia i pocałował dziewczynę w policzek. Obydwoje się uśmiechnęli i wrócili na swoje miejsca. Po chwili odezwał się wysoki, bardzo przystojny blondyn.

     - Jestem Michael, ale mów mi Duff, a ten zamulający ćpun obok mnie - wskazał leniwie chłopaka obok siebie, jakby nieobecnego myślami, z sięgającymi do ramion czarnymi włosami. - To Jeffrey, ale nazywamy go Izzy. Witaj w dżungli, kotku.

     Dżungli? To się dopiero zobaczy. Jeśli patola w jej rodzinnym wygwizdowiu to busz, to co jest tutaj? Nie rozumiała, ale pewnie po spędzeniu tam paru miesięcy, będzie wiedziała doskonale. Po chwili wszyscy spojrzeli w stronę sceny, która ulokowana była w centrum baru. Zobaczyła jak jakiś gruby gość wchodzi na scenę, uciszył wszystkich i odchrząknął znacząco. Zapowiadał kolejny występ.

     - Już za chwilę, na naszej scenie ujrzycie wielkich, zajebistych Aerosmith!

     - Ripley. Ripley! No nie dali tego ripleya! - darł się Slash. Debbie patrzyła na niego z szerokim uśmiechem, nie rozumiejąc jego ekscytacji. Nagle przybiegała jakaś wstawiona brunetka i wykrzyczała blondynce prosto w twarz:

     - Potrafię każdą ich piosenkę zagrać na gitarze! Wielbię głos Tylera, styl gry Perry'ego! Zobaczyć ich na żywo. O ja pierdolę! To jest dopiero coś!

     I uciekła z piskiem pod scenę.

     - To normalne? - spytała, wybuchając śmiechem Deb.

     Ten tylko posłał jej śliczny uśmiech, ukazując rząd białych zębów.

     - Tak powinnaś reagować na taką legendę. Przecież to ja cię uczyłem słuchać prawdziwej muzyki! Steve wciskał ci Kiss, ale ty wolałaś słuchać najlepszych kawałków ze mną.

     - Pudelku, byłam w tobie zakochana na tyle na ile może być dziesięciolatka.

     - Serio? - Slash wcale nie wyglądał na zaskoczonego albo bardzo dobrze się maskował.

     - Uwielbiałam cię, a szczególnie twoje włosy.  Ale teraz uwielbiam Davida Bowiego. A teraz się odsuń, bo zasłaniasz mi widok. I jeszcze raz dziękuję. - Pocałowała go w policzek, zanim chłopak odwrócił się i poderwał z miejsca, by pobiec w stronę sceny i dzięki swoim łokciom przecisnąć się, aż pod nią samą. Debbie tymczasem siedziała na swoim miejscu i paliła papierosy. Położyła nogi na stole i obserwowała całe zajście. Aerosmith zaczęli dość ciekawą Mama Kin, kończąc na Dream On. Oczywiście obok siedział Steven i wszystko komentował - tytuły piosenek, grę perkusisty i wytykał za każdym razem błędy, ciesząc się przy tym jak małe dziecko. Debbie patrzyła za to na Saula, który każdą piosenkę znał na pamięć i śpiewał razem z nimi. Zauważyła też, że gitarzysta Aerosmith często zerkał w jej stronę. Nie wiedziała czemu, ale czuła na sobie jego spojrzenie. Pewnie dlatego, że ich stolik znajdował się na loży, która była centralnie naprzeciwko sceny. Zagrali, pośpiewali i skończyli. Debbie obserwowała to wszystko z obojętną miną, paląc już chyba dwudziestego papierosa. Po koncercie poszła w stronę baru.

     - Danielsa z lodem proszę - rzuciła, opierając ramiona na ladzie.

     - A ja proszę dowodzik - odpowiedział barman. Spojrzała na niego z pogardą. Połowa tych dzieciaków była niepełnoletnia a ten tu jej jeszcze wyskakuje z czymś takim? Delikatnie nachyliła się do niego i szepnęła mu uwodzicielsko do ucha:

     - Chyba jednak dowód niepotrzebny. - I mocno pocałowała go w usta. Czy zachowała się jak dziwka? Pewnie tak. Jednak co kraj to obyczaj. A matka potrzebą wynalazku jak to mówią. Po chwili dodała:

     - I pieniędzy raczej też nie potrzebujesz. - Kolejny pocałunek i odeszła od baru, kręcąc biodrami. To zawsze działało. Czy to w przydrożnym pubie czy barze. Jack był jej, a barman został sam prawdopodobnie gapiąc się na jej tyłek. Weszła po schodach na lożę i wróciła do stołu chłopaków. Zajęła miejsce obok Duffa, ciskając się na siedzenie z miną zwycięzcy. Blondyn objął ją ramieniem, nawet na nią nie patrząc, a Debbie też się jakoś tym nie przejęła. Gdy tylko usiadła, zjeżdżając na siedzeniu, momentalnie poczuła na sobie wzrok Slasha.

     - Ej, mała, co to było?- zapytał podejrzliwie.

     - To? Czyli co? - spytała głupio choć doskonale znała odpowiedź. Popiła łyk bursztynowego kompotu i poczuła jak Duff wyjmuje jej szklankę z ręki. Niech sobie pije, pomyślała i za chwilę miała Jacka z powrotem w dłoni. 

     - To przy barze. Z barmanem. - Wydawało się, że nikt poza Slashem i nią nie wiedział o co chodzi. I tak byli pochłonięci rozmową na jakiś temat, więc Debbie posłała mu znaczące spojrzenie. Nie chciała, żeby to wyszło poza nich, zwłaszcza do Stevena. Miałaby zdrowy opierdol przez to. Jej brat nie lubił żadnych dwuznacznych sytuacji z jej udziałem. Był jak nudny stary. Kiedyś usłyszała jak rozmawiał z ich rodzicami.

     - Ostatnio Deb zaczęła interesować się chłopcami - powiedział wtedy z grobową miną. Bił praktycznie wszystkich jej kolegów, a potem przychodził i zakazywał jej się z nimi widywać. Gdy dowiadywał się, że go nie słuchała, zaczynali się bić. Wołała tego uniknąć.

     Po chwili do ich stolika podszedł dokładnie ten sam barman, którego pocałowała. Uśmiechnął się do niej znacząco, ukazując rząd białych zębów. 

     - Drink dla ciebie i dodatkowa whiskey. Przesyła Joe Perry. - Postawił przed nią trunki, a  Debbie patrzyła ze zmarszczonymi brwiami na drinka od gitarzysty. 

     - O, kurwa - wybąknął Slash i spytał barmana:

     - A dla mnie nic nie ma?

     Barman spojrzał na niego jak na spleśniały budyń i odszedł. Debbie poczuła ciekawskie spojrzenia swoich kompanów, ale próbowała nie zwracać na nich uwagi. Przyciągnęła alkohole. Zauważyła, że coś było nabazgrane na szklance. 'Zapraszamy za kulisy. Joe i Steven'. Po odczytaniu wiadomości, wzruszyła ramionami i napiła się whiskey.

     - Tak będziesz siedziała? - spytał Slash wyraźnie zaskoczony.

     - A co mam niby zrobić? Nie chce mi się tam iść - odparła, wzruszając ramionami. Wszyscy popatrzyli na nią jak na niedorozwiniętą.

     - Naćpałaś się czegoś? - Axl miał na nią najbardziej wyjebane, dlatego Debbie lekko się zdziwiła, gdy się odezwał.

     - Nie chcę tego i tyle - rzuciła. - Możesz to sobie wziąć. - I popchnęła szklankę na środek stołu. Dobrze wiedziała, że chłopacy wezmą ją za jakąś kosmitkę, ale miała to gdzieś. Bez słowa wstała, zabrała swojego Jacka i wyszła z klubu. Czuła na sobie wzrok ludzi, ale nie zwracała na to uwagi. Gdy już była na zewnątrz, minęła maruderów pod ścianą baru i przeszła tylko ulicę, gdzie po drugiej stronie stała ławka. Usiadła na niej, podciągnęła wyżej kolana pod brodę i położyła na nich twarz. Była zmęczona. Dopiero teraz zdała sobie sprawę jak bardzo. Chyba od ponad czterdziestu ośmiu godzin zdrzemnęła się zaledwie pół godziny. Oczy momentalnie zaczęły jej się kleić i Deb robiła dosłownie wszystko, żeby nie zasnąć na ławce jak pierwszy lepszy menel. Jeszcze ją okradną i co wtedy zrobi? Po chwili usłyszała śmiechy. Uniosła delikatnie głowę i zobaczyła jakiegoś glamowca obejmującego ramionami dwie rozchichotane dziewczyny. Musiał opowiadać niezłe kawały skoro tak się świetnie bawiły. Patrzyli na nią i bezczelnie się śmiali. Posłała im krzywy uśmiech. Po chwili mężczyzna rzucił we nią jakąś ulotką.

     - Mała, era Aerosmith zakończona, poznaj taką muzykę jaką jest Poison.

     Bożeno. Oni naprawdę sądzą, że podbiją świat z takimi włosami? Uniosła ulotkę i przeczytała zwykłe ogłoszenie o koncercie najwyraźniej jego zespołu. Trójka znów wybuchnęła śmiechem i poszli dalej. Cudownie. Schowała ponownie głowę w kolanach i czuła jak zmęczenie zaczyna powoli ją ogarniać. Nie zasypiaj!, krzyknęła w myślach i uniosła gwałtownie głowę. Zobaczyła rudzielca wychodzącego z klubu. Axl oparł się o ścianę i odpalił papierosa. Nie minęła dosłownie sekunda, gdy już miział jakąś pannę. Przelotnie spojrzał w jej stronę. Debbie miała nadzieję, że jej nie zauważy. Ponownie opuściła głowę z nadzieją, że chłopak jej nie pozna. Myliła się. Po chwili usłyszała śmiechy dwójki ludzi. Nie musiała patrzeć, żeby domyśleć się, że to oni. Jeszcze jak na złość usiedli tuż koło niej, ściskając się i jęcząc głośno. Bez słowa blondynka przesunęła się bardziej na skraj ławki. Ale i to im nie wystarczyło. Niemal zepchnęli ją na ziemię.

     - No kurwa! Czy nigdzie nie ma prywatności?! - wrzasnęła na nich i odeszła, kierując się w stronę samochodu. Usiadła na dachu czarnego auta, by po chwili odpalić papierosa.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Łączna liczba wyświetleń