- Idziemy do Roxy. Idziesz z nami?
Duff stał w drzwiach i patrzył na perkusistę wyczekująco. W jego głosie dało się usłyszeć współczucie, jednak blondyn jak leżał na podłodze tak został. Nie odpowiedział ani się nie poruszył.
- To już prawie tydzień - szepnął Duffowi Slash, zaglądając do pokoju, ale widząc jego stan szybko wrócił na korytarz. Tak. Już tydzień, pomyślał basista, nie ruszając się z miejsca. Skupił się jeszcze raz na perkusiście. Steven leżał na środku pokoju z rozrzuconymi nogami i rękoma, wgapiając się tępo w sufit. Dookoła niego były porozrzucane ubrania poszarpane na strzępy, części perkusji, zgniłe jedzenie i wiele innych niezidentyfikowanych przedmiotów. Steven leżał i się rozkładał. Niezależnie od pory dnia i nocy, gdy ktoś wchodził, by sprawdzić czy blondyn żyje, zastawał dokładnie ten sam widok. Steven od tygodnia ani razu nie wychodził z pokoju. Nikt nie wiedział czy jadł cokolwiek albo gdzie się załatwiał. Zupełnie jakby wpadł w jakiś dziwny trans, z którego nikt nie mógł go obudzić. Nawet nie słuchał muzyki.
- To jakby co wracamy za dwie godziny - rzucił na odchodne Duff, ale znowu odpowiedziała mu cisza, więc wycofał się na korytarz i zamknął drzwi. Westchnął. Przy wyjściu z Hellhouse czekało na niego niezłe stadko znajomych gotowych na wspólny melanż jednak Duff nie był pewny czy ma do tego humor. Gdy wyszedł, wszyscy oczekiwali, że coś powie.
- Nic się nie zmieniło - mruknął, a ludzie pokręcili głowami i odwrócili się w stronę ulicy. Duff ruszył z nimi, ale po chwili wycofał się na sam koniec pochodu. A musiał się nieźle natrudzić, uciekając przed napalonymi dziewczynami, których było tam chyba cztery razy więcej niż przedstawicieli płci przeciwnej. Te widząc, że nic nie wskórają, odpuściły i zajęły się resztą chłopaków. Blondyn mógł zająć się swoimi myślami. A miał nad czym się zastanawiać. Dobra, McKagan. Jeszcze raz: przespałeś się z dziewczyną swojego przyjaciela i to nie pierwszy raz. Zostawiła go, a Steven teraz pokutuje, dopóki jakimś cudem ona do niego nie wróci. Na co się nie zapowiada. A skoro perkusista zajebał na tydzień to znaczy, że nici z prób. Jeśli nie będzie prób nie będzie koncertów. Wspaniale, McKagan. Jesteś popierdolonym geniuszem!
Blondyn kopnął z całej siły butelkę leżącą na chodniku, trafiając tym samym idącego przed nim Slasha. Uderzenie nie było poważne, bo wszystko zamortyzowały włosy Mulata.
- Co jest do chuja?! - Odwrócił się do basisty, ciągnąc za sobą jakieś dwie lekko wstawione dziunie. - O co ci chodzi, stary? - zapytał, widząc wkurwionego blondyna.
- Nic. Chodzi o Stevena - odparł, wzruszając ramionami. - Po prostu nie wiem co zrobić, żeby go wyciągnąć z tej jego Dziury Śmierci. Może gdyby udało się namierzyć Rosa...
- Nie ma co! - urwał Slash. - Lubiłem ją, ale okazało się, że to zwykła zdzira. Niepotrzebnie kurwiła się z Axlem, a teraz przez nią perkusista nam się zaszurał na pierdolony tydzień.
- Nie kurwiła się z Axlem, czarnuchu! - wybuchnął Duff i walnął Slasha z pięści prosto w twarz. Mulat zachwiał się, ale nie przewrócił. Był zbyt zszokowany, żeby oddać blondynowi. Albo zbyt naćpany, pomyślał Duff, krzywiąc się przy obserwowaniu zataczającego się chłopaka. Gdyby nie dwie dziewczyny po jego obu stronach, Slash pewnie leżałby na chodniku, nie mogąc wstać.
- Wyluzuj, debilu - mruknął czarny i nieco zgaszony, odwrócił się zbity z tropu.
- Nie wkurwiaj się na niego.
Duff usłyszał znajomy głos po prawej stronie, ale ciągle patrzył na oddalające się plecy Slasha.
- Nie ma o czym gadać! - uciął, zerkając na Debbie i podążając w ślad za resztą zespołu. Blondynka nie przejęła się jego reakcją tylko dreptała za nim krok w krok, podbiegając co chwila. Aż do baru nikt się z ich dwójki nie odzywał. Słyszeli tylko od czasu do czasu rzucone głośniej przekleństwo kogoś z gromady przed nimi.
Po około piętnastu minutach zasiadali już w barze przy stoliku. Wszyscy prócz Duffa byli oblegani przed dziewczyny. Nawet Izzy siedzący gdzieś w kącie załapał się na jakąś farbowaną rudą. McKagan usiadł przy oddzielnym stoliku bliżej wyjścia i nie dał się namówić na dołączenie do reszty. Debbie, siedząca koło Slasha, patrzyła współczującym wzrokiem na blondyna. Chciała mu pomóc. Nie wiedziała jeszcze jak, ale liczyła na swoją wyobraźnię. Najlepiej byłoby gdyby udało jej się z nim porozmawiać, a potem złapać jakoś Rosalie. Taaak... Ta dziewczyna to istny wulkan jak się okazuje, pomyślała, poprawiając grzywkę. Odczekała dziesięć minut zanim zabrała popielniczkę, jedną tanią wódkę ze wspólnego stołu i podeszła do basisty. Z tym zamyślonym wzrokiem wbitym w budynek za oknem, prezentował się żałośnie. Deb westchnęła, po czym rzuciła się na kanapę.
- Przyniosłam ci coś. - Uśmiechnęła się szczerze i wygodnie usadowiła na swoim miejscu. Zaczepiła przechodzącą kelnerkę, żeby ta doniosła dwie szklanki, a po chwili już rozlewała alkohol. Bez słowa podsunęła takielunek Duffowi. Ten tylko popatrzył na nią i znowu wrócił do oglądania krajobrazu za oknem. - Może byś tak ze mną wypił? - zagadnęła go, starając się zwrócić na siebie uwagę chłopaka. Podsunęła szklankę jeszcze bliżej tak, że ta dotykała jego dłoni.
- O co ci kurwa Adler chodzi?! - burknął, patrząc na nią gniewnie.
- No, w końcu! Umiesz mówić! Brawo! - zadrwiła dziewczyna, zupełnie nie zwracając uwagi na humor towarzysza. Złapała swoją czystą i podniosła ją na poziom oczu. - A teraz wyśpiewasz mi wszystko co chcę wiedzieć. A wiesz czemu? - kontynuowała, po opróżnieniu szklanki. Widziała, że Duff chciał coś powiedzieć, ale nie dała mu dojść do słowa. - Bo wiem więcej niż ci się wydaje, złociutki. Wiem gdzie byłeś tamtej nocy.
Udała, że nie dostrzegła reakcji blondyna, który na jej słowa podskoczył i patrzył się na nią z szeroko otwartymi oczyma i ustami. Wyglądał co najmniej komicznie, a Debbie nagle uzmysłowiła sobie, że bardzo by chciała, żeby Duffowi udało się z Rosalie.
- Kurwa - mruknęła pod nosem, gdy wylała czystą na stolik. Myśl o swoim bracie, idiotko!, darła się na siebie w myślach, ale coś kazało jej stłumić ten głos. Niech się jebią oba!, pomyślała i napiła się wódki. Pomogło. - I zamknij w końcu tę japę, bo nie ręczę za siebie! - krzyknęła głośniej niż zamierzała, piorunując Duffa wzrokiem.
- Już się tak nie denerwuj - powiedział uspokajająco, powoli pozbywając się swojego nostalgicznego zamyślenia. Deb osiągnęła swój cel jednak nie w sposób który miała w planach. Ale nieważne. Dobrze, że w końcu zaczyna gadać. - Wiem, że się martwisz. Wszyscy nie wiedzą co się dzieje ze Stevenem. Niektórzy są bardziej zainteresowani, inni mniej. - Tu rzucił wymowne spojrzenie w stronę dobrze bawiącej się w najlepsze reszty zespołu.
- Martwię? Ja mam na niego chujowo wyjebane w tym momencie! - rzuciła ostro, ale szybko złagodniała. - Przesadziłam... Ale nie o nim chcę teraz rozmawiać.
Zapadła chwila ciszy. Debbie patrzyła oczekująco na siedzącego naprzeciwko niej przystojnego blondyna. Czekała. Nigdzie się jej dziś nie spieszyło. Początkowo Duff roześmiał się nerwowo, próbując pozbyć się tego nieprzyjemnego uczucia, które wywoływało w nim spojrzenie dziewczyny.
- Serio? - spytał, ale nie otrzymał odpowiedzi. - Kurwa, Adler... - mruknął i opróżnił swoją szklankę. Szybko nalał raz i drugi, a potem jeszcze trzeci zanim odezwał się do Deb. - To co chcesz wiedzieć, panno upierdliwa?
***
Sebastian siedział przy barze i marudził nad swoją prawie pustą szklanką. Nie miał pojęcia co tam było najważniejsze, że dawało kopa. Ostatnie dwa tygodnie było istną mordęgą. Gorzej. Było popierdolonym piekłem. Porażką. Jebaną dziurą w chujowym życiu. Odkąd stracił Dylan pił każdego dnia tak ostro jak jeszcze nigdy. Praktycznie nic nie pamiętał. Nawet nie wiedział jak znalazł się w tym barze i ile już tam siedział. Pieniądze na alkohol miał, bo i dlaczego nie pożyczyć od kochanej siostruni nieco mamony. Wiedział, że chowała je w futurystycznej doniczce, którą dostała od Slasha, Iza, Axla i Duffa na dwudzieste urodziny. Tak. Okradał nieobecną siostrę. Nie miał pojęcia gdzie jej szukać. Po prostu jakby wyparowała. Był wszędzie. Nawet u jej byłego. A Steven to niby ciągle jej chłopak?, pomyślał z drwiną.
Westchnął. Spojrzał na nikłą zawartość swojej szklanki i zrezygnowany podniósł ją do ust. Jednak w połowie drogi zesztywniał. Nie mógł się ruszyć. Zapomniał nawet, że w ogóle jest w stanie wykonać jakikolwiek ruch. Teraz nie było to ważne. On nie istniał. Zresztą jak wszystko dookoła. Był między niebem a ziemią. Od tej chwili widział tylko ją! Ona! Jak to brzmiało! To było wręcz niemożliwe. To nie mogło dziać się naprawdę. Od chwili gdy długonoga szatynka przeszła naprzeciw niego nie spuszczał z niej wzroku, aż do momentu, w którym usiadła po przeciwnej stronie baru. Jej długie proste włosy opadały kaskadami na łabędzią szyję, kontrastując z nieskazitelną białą skórą. Do tego wszystkiego wodziła niesamowicie niebieskimi oczyma po alkoholach wystawionych na półkach za barmanem. Dziewczęcego uroku dodawały jej rozsiane na delikatnej twarzy piegi. Ubrana była równie wyjątkowo. Obcisłe czarne jeansy podkreślały jej krągłości, koszulka tego samego koloru odsłaniała brzuch, a ciemnoniebieska katana z ćwiekami na ramionach i podwiniętymi rękawami dodawała drapieżności. Jedyną biżuterią było srebrne koło na prawym nadgarstku.
Z trudem przełknął ślinę. Nie miał pojęcia co się z nim stało. Widywał już jej podobne, a nawet lepsze, ale ona... To był inny wymiar. I pewnie inna liga, skrzywił się. Jednak znał swoje możliwości i mógł mieć szansę na zapoznanie się z boską szatynką. Jednak musiał chwilę odczekać zanim zaczepił barmana. Rzucił w niego pieniędzmi i nakazał zrobić każdego drinka, którego ta piękna dziewczyna sobie zażyczy. Gdy barman podszedł do niej, ta uśmiechnęła się, równocześnie zaprzeczając ruchem głowy. Mężczyzna spytał się więc czy coś podać i po chwili odszedł. Dziewczyna rzuciła krótkie spojrzenie na Sebastiana. Gdy ich spojrzenia się spotkały, pokręciła przepraszająco głową i kontynuowała oglądanie trunków.
Sebastian nie miał czasu, żeby przemyśleć cokolwiek, gdy jakiś facet przytulił się mocno do niej. Chłopak nie mógł oderwać oczu od ramion owiniętych wokół talii dziewczyny. Co to za kurwa frajer jebany?!, krzyknął do siebie w myślach, ale nagle zdębiał po raz drugi w ciągu ostatniej pół godziny. Znał tego frajera! I to nawet całkiem dobrze! Znaczy może nie osobiście, ale nie raz widział go szalejącego na scenie i porywającego tłumy. Kurwa! Bach pedale! Sam byłeś w tym motłochu! Wszędzie poznałby te czarne włosy, głos i nieodłączny wielki uśmiech na twarzy. Teraz patrzył na swojego idola z nienawiścią w oczach jakiej chyba jeszcze nigdy w sobie nie wykrzesał. Tyler. Kurwa jebany Steven Tyler zabrał mu dziewczynę! Nie mógł w to uwierzyć! Już większym pechowcem nie mógł dziś zostać!
Wkurwiony jak sto pięćdziesiąt błyskawicznie dopił nędzną resztę trunku i praktycznie pobiegł do męskiego. Wpadł do kibla i momentalnie zrzygał się do pisuaru. Na szczęście nikogo tam nie było, więc nie musiał się martwić o swój wspaniały wygląd.
- Kurwa! - warknął, widząc nieco rzygowin na włosach. - No ja pierdolę... Jeszcze kurwa czego? - jęknął żałośnie, zdając sobie sprawę, że życie kopie go dosłownie na każdym kroku. - Za co? - spytał pogryzdane ściany, jednak te nikczemnie milczały, robiąc mu na złość. Wolno zaczął się ogarniać, by w końcu wytoczyć się z łazienki z powrotem do baru. Wtedy też zobaczył ją! Nawet nie zastanawiał się co powinien zrobić tylko wystrzelił prosto w jej stronę. Siedziała spokojnie przy stoliku, rozmawiając z jakąś dziewczyną. On się zbliżał, a ona go nie widziała. Gdy był tuż obok, złapał ją mocno za ramię i szarpnął, ciągnąc w górę.
- Ej! - pisnęła bardziej z zaskoczenia niż bólu. Rzuciła wrogie spojrzenie chłopakowi, ale momentalnie jej oczy zwiększyły się o kilka rozmiarów. - Kurwa, Sebastian! Co ty tu robisz?!
- Ciebie mógłbym spytać o to samo! - wrzasnął na cały bar, nie zwracając uwagi na to, że uwaga wszystkich skupiła się dokładnie na ich dwójce. - Siostrzyczko - syknął na koniec.
Dylan nie wyglądała źle. Mógłby powiedzieć, że nigdy nie wyglądała lepiej. I to go jeszcze bardziej rozjuszyło. Widział, że nie potrzebowała go. A on przez te ostatnie dni nie mógł o niej zapomnieć. Kochał ją i potrzebował. Dlaczego kurwa nie mogła zrobić tego samego dla niego?
- Puść mnie! Jestem cała, zdrowa i żyję. I mam swoje życie - powiedziała lekko łagodząc ton co dało wręcz odwrotny skutek od zamierzonego. Sebastian dostał fiksacji.
- Masz wracać do domu, do kurwy nędzy!
- Kurwa, Bach! Zostaw ją!
Dziewczyną, z którą rozmawiała Dylan była Erin. Wyglądała na przerażoną. Już chciała interweniować, ale czarna dała jej znak, żeby usiadła. Ta tylko spojrzała na przyjaciółkę błagalnie, jednak usłuchała i obserwowała rodzeństwo z przygryzioną wargą.
- Gdzie... Gdzie ty do chuja byłaś przez ten cały czas?! Szukałem cię!
- Może powinieneś już iść - niemal szepnęła, łapiąc go za dłoń, ale chłopak szybko się wyszarpnął.
- Idziesz ze mną! - wydarł się i gwałtownie pociągnął ją za sobą. Dziewczyna krzyknęła. Nawet Sebastianowi zrobiło się słabo. Był to krzyk bólu jakiego jeszcze nie słyszał. Po chwili usłyszał płacz i instynktownie odwrócił się w stronę siostry. Jego dłoń i ramię Dylan były całe zakrwawione. Zapomniał, że ubrał pierścień z kolcami po obu stronach. Widząc grymas na twarzy siostry chciał ją przeprosić, ale nagle poczuł, że ktoś nim obraca. Zobaczył znajomą twarz, pięść, a potem tylko ciemność.
***
- Ludzie! Kurwa! Pomocy!
- Bach? Co ty tu kurwa robisz?! - Axl patrzył na zalanego blondyna, który właśnie przeczołgiwał się przez ich drzwi. Do tego wszystkiego jego ręka była cała zakrwawiona. Rudy chwilę popatrzył na ten żałosny widok, ale po chwili zbiegli się Slash, Deb i Duff. Izzy spał obok niego na kanapie i nawet nie drgnął. - Tobie kurwa lekarza a nie pomocy, chuju - zadrwił, jednak zgromiony przez resztę, odchrząknął i poprawił się:
- Tak tylko pieprzę...
- Jemu trzeba pomóc! - zawyrokowała Debbie. - Duff. Pomóż mi.
Razem podnieśli umierającego blondyna i posadzili go na kanapie obok Iza, który drzemał w najlepsze błogo nieświadomy.
- Kurwa, ludzie - mówił zasapany Sebastian zupełnie jakby przebiegł maraton. - Perry... Tyler... Kurwa, ona... - dyszał, nie mogąc złapał oddechu.
- Spokojnie, stary - rzucił Slash, ale za bardzo nie wiedział co robić, więc zapalił peta i oparł się o ścianę, gapiąc się na Bacha. Widząc go w tym stanie było to i śmieszne i tragiczne. Debbie stała tylko obok i jak wszyscy czekała, aż chłopak się uspokoi.
- Może byś tak od początku wszystko opowiedział - mruknął Axl, zainteresowany co miał z tym wszystkim wspólnego Tyler i Perry. Może to któryś z nich tak ładnie załatwił blondasa, pomyślał, widząc wielkiego sińca na policzku Bacha. Ten powoli zaczynał się uspokajać.
- Po pierwsze znalazłem Dylan - powiedział wolno, a wszyscy prócz Axla i Izzy'ego podskoczyli na tę wiadomość. Też mi kurwa nowość. Przez ten cały czas była u Erin. Pedał, wystarczyło do niej pójść, myślał Rose, przypominając sobie, że Steven wciąż leży w swoim pokoju. I zdycha.
- Po drugie - kontynuował Sebastian, który już zupełnie doszedł do siebie. - Musimy ją kurwa odbić. Kurwa, poszła z Perrym.