sobota, 30 sierpnia 2014

Like A rolling Stone - Part 15



- Gdzie jedziemy?

- Do domu, kochanie.

- Mojego?

- Do naszego.

- Nie. Ja muszę pojechać do mojego domu.

- To zrobimy tak: pojedziemy do nas, zostawicie mnie, a Sebastian cię zawiezie. Dobrze?

Nikt już nie odpowiedział.

***

Sebastian otworzył drzwi. Ciągle nie mógł przywyknąć do całego tego luksusu, który dosłownie wybijał się z każdego kąta. W sumie nie dziwił się temu wszystkiemu. Dylan bardzo dobrze zarabiała, ale była skromna, więc nie przesadzała z wystrojem Heavenhouse. Nie to, co Perry. Nie dość, że miał pełno kasy, to jeszcze uwielbiał z niej korzystać. Jak każdy, uśmiechnął się do siebie blondyn i spojrzał na siostrę. Ta nawet na niego nie spojrzała i bez czekania, weszła do domu, gdzie po dwóch krokach się zatrzymała. Sebastian myślał, że wybuchnie płaczem, wybiegnie lub po prostu będzie przeklinać. Jednak przeliczył się. Rosie rozejrzała się wolno, patrząc w prawo i w lewo, głęboko odetchnęła, po czym ruszyła naprzód prosto w kierunku białej skórzanej sofy. Kanapa stała naprzeciw drzwi wejściowych w  miejscu obniżenia podłogi. Trzeba było zejść dwa stopnie, gdzie stały dwie sofy, a między nimi duży przezroczysty stolik. Tak, pomyślał Sebastian. Za każdym razem, gdy odwiedzał siostrę, spadał, zahaczał lub przewracał się na tych podstępnych schodkach. Dylan jednak nie miała z nimi problemu. Usiadła z ciężkim westchnieniem i podkurczyła nogi. Jednak wcześniej wzięła biało-czerwoną poduszkę i wtuliła w nią twarz. 

- To zostawię ci tu walizkę, ok? - spytał Sebastian, nie czekając zbytnio na odpowiedź. Dziewczyna mruknęła coś, nie podnosząc głowy. Blondyn wziął to za potwierdzenie. Postawił wielką walizkę pod ścianą i włożył ręce do kieszeni. Wnętrze zostało takie jakie pamiętał je od ostatniego razu. Nowoczesne z fikuśnymi meblami, pełną, dużą lodówką na przeróżne alkohole, stołem bilardowym i wielkim garażem na samochody. Do sypialni Dylan i Perry'ego nigdy nie wchodził. Czasem tu nocował, gdy Claire wyrzucała go z domu. Nic się tu nie zmieniło. Tylko trochę pusto. I depresyjnie. Chłopak odrzucił włosy do tyłu i skupił z powrotem uwagę na skulonej na kanapie dziewczynie. Czuł, że Dylan wcale nie chciała tu przyjeżdżać po rzeczy. Nie miała zamiaru go opuszczać. To był teraz jej dom i planowała tam zostać. Jak zwykle postanowiła zrobić to, co chciała. Sebastian zdawał sobie z tego sprawę już wtedy, gdy wysadzili Claire. Ta kazała mu pod żadnym pozorem nie zostawiać czarnej samej, zabrać ubrania i przywieźć do nich jak najszybciej. Jego siostra nie musiała nic mówić, żeby wiedział, że ma sobie iść. Westchnął. Nie mógł z nią zostać, bo niedługo miał się zacząć koncert, a właściwie próba generalna przed koncertem, jednak i tak nie miał zamiaru spóźniać się na nią jak ostatni pedał. Musiał znaleźć kogoś do przypilnowania siostrzyczki. Claire odpadała, ale wpadła mu do głowy Erin. Poszedł szybko do kuchni po telefon, wystukał numer i czekał.

- No, odbierz - mruczał pod nosem, wystukując niecierpliwie rytm na blacie. 


- Tu, Erin. - Słodki, dobrze znany mu głos zaśpiewał w słuchawce.

- Erin! Tu Seba...

- Nie ma mnie w domu. Zaśpiewaj po sygnale.

Sebastian skrzywił się, spojrzał na słuchawkę i odłożył ją z powrotem. Poszukał w myślach znajomych, którzy mogliby zająć się podłamaną dziewczyną. Gunsi odpadali. To było raczej oczywiste. Z zasady. W dodatku nie chciał na siłę podstawiać pod nos Dylan ludzi. Sama powinna zdecydować kiedy się z nimi spotka. No, frajerze. Myśl! Kto jeszcze?! Ale to było jak walenie głową w ścianę. Nie znał nikogo odpowiedzialnego, wolnego i godnego zaufania. Wszyscy byli nieodpowiednimi chujami. Tommy. Nie, Tommy też odpadał. Kurwa! Nikogo normalnego nie znam!, krzyczał w myślach. Jeszcze raz pełen nadziei wybrał numer do Erin. Znowu włączyła się sekretarka. 


- Zajebiście! - wrzasnął, po czym wrócił do salonu.

- Co ty kurwa robisz w moim domu?

Bach stanął jak rażony piorunem. W drzwiach wejściowych stał nie kto inny jak Joe Perry. W samej skórzanej kamizelce najczęściej podrywał nowe panny. Miał też gitarę przewieszoną przez plecy. Wracał może z próby albo koncertu. Sebastian cicho przełknął ślinę. Zerknął kątem oka na kanapę, gdzie spodziewał się zobaczyć swoją siostrę, ale jej już tam nie było. Przeklął w myślach. Musiał sam sobie poradzić z Perrym. Nie mieli dobrych relacji jeśli takowe w ogóle istniały. Joe nie mógł mu zapomnieć tej akcji w barze, gdy najebany w trzy dupy szarpał Dylan. I chociaż minął ponad rok, dotrzymywał słowa. Blondyn przychodził tutaj tylko wtedy, gdy gitarzysty nie było. Mógł spokojnie spędzać czas z siostrą. Do teraz.

- A tak się rozglądam - odpowiedział. Chciał, żeby zabrzmiało to pewnie, ale niezbyt mu się to udało. Perry od razu to wyczuł i tylko uśmiechnął się pod nosem. 

- Wypierdalaj - mruknął, przechodząc w głąb domu na kanapę dokładnie w to samo miejsce, gdzie przed chwilą siedziała Rosie. Przerzucił gitarę do przodu, usiadł i odpalił papierosa, którego wcześniej trzymał za uchem. Sebastian patrzył na niego, nie ruszając się z miejsca. Nie miał zamiaru ruszać się stamtąd, dopóki nie wiedział, gdzie była Dylan. Tylko nie miał pojęcia czy uświadomić Perry'ego, że jego była jest gdzieś w domu czy pójść jej szukać. - Czego tak kurwa stoisz, pedale? - Joe odrzucił włosy charakterystycznym ruchem głowy i patrzył wymownie na blondyna sterczącego w przejściu. - I co tu robi ta walizka? - dodał, wskazując petem bagaż. Sebastian naprawdę nie wiedział, co odpowiedzieć. Zawsze był wygadany, a teraz czuł jakby ktoś ściągnął mu spodnie i kazał śpiewać hymn. Gitarzysta Aerosmith był dość dużo od niego starszy, ale nie aż tak, żeby Bach musiał do niego mówić 'Per Pan'. Wyprostował się, bo wiedział już co zrobić.

- Przywiozłem parę rzeczy - powiedział władczo i skierował się szybko w stronę drzwi. Joe nie zdążył zareagować, gdy blondyn odwrócił się jeszcze i rzucił przez ramię:

- A. I Rosie wróciła.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Like A rolling Stone - Part 14

- Fuck! Kurwa! Jebana komunistyczna dziwka! Pierdolony pedał!

Sebastian jechał spokojnie samochodem, gdy w pewnym momencie autobus zajechał mu drogę, a autobusiarz nie miał zamiaru przekraczać pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Bacha nie frustrowałby ten fakt tak bardzo, gdyby nie brak możliwości wyprzedzenia. Naprzeciwko jechał sznur samochodów. I nie zanosiło się na wyminięcie.

- Spokojnie, kochanie. Zdążymy na czas.

Chłopak spojrzał na siedzącą obok blondynkę.

- Nie mam zamiaru się spóźnić jak ostatni fagas! I to jeszcze przez szowinistycznego autobusiarza!

- Wiem, że się denerwujesz. W końcu nie widzieliśmy jej ponad sześć miesięcy - powiedziała dziewczyna, poprawiając włosy i formując je w delikatny kok.

- No, rejczel, że się denerwuję! Jak cholera!

Sebastian przycisnął pedał gazu i zaczął wyprzedzać.

- Ej! Przestań! - krzyknęła dziewczyna, ale blondyn nie zamierzał jej słuchać. Jak nie dał się z lewej, to z prawej go załatwię, pomyślał z dzikim uśmiechem na ustach i zjechał na pobocze, dodając gazu. Trochę potrzęsło, dziewczyna pokrzyczała, autobusiarz potrąbił, ale w końcu wyjechał na prostą.

- Daj mu iść! - wrzasnął, wystawiając rękę za okno i pokazując środkowy palec kierowcy autobusu. Zmienił bieg i wystrzelił do przodu, niknąc kapitanowi powolnemu z horyzontu. Po kilku minutach Sebastian odwrócił się dumny z wyszczerzem do dziewczyny. Ta tylko zmierzyła go wzrokiem i skarciła:

- To nie było zgodne z przepisami ruchu drogowego!

Na jej odpowiedź chłopak wybuchnął śmiechem.

- Moja kochana siostrzyczka mnie tego nauczyła. Tego i wielu innych sztuczek. - Zamilkł na moment. W tle leciał jakiś stary hipisowski hit, droga kończyła się dopiero gdzieś za horyzontem, a wokół dało się czuć zapach papierosów i kobiecych perfum. 

- Wiesz - zaczęła blondynka po chwili ciszy. - Zawsze zastanawiałam się co wyjdzie z ich związku.

Sebastian popatrzył na dziewczynę. Jak zawsze idealna. Skrywała swoje boskie ciało pod letnią sukienką w kwiaty, jednak nie zabrakło też ostrego akcentu - siedziała w skórze, którą dawno temu dostał od Rosalie na urodziny. Jego kochana Dylan jeszcze przerobiła ją, by wyglądała jak u Stevena Tylera. Miała niebieskie klapy i zielony haft. Postarała się.Nikomu nie pozwalał jej nosić. Do teraz. Dziewczyna była jedyną osobą na świecie, która na to zasługiwała w stu procentach.

- Którego? - spytał nieświadomie, bo jego wzrok zatrzymał się na nogach blondynki.

- Rosie i Joe - kontynuowała. - Wszystko było świetnie dopóki nie zamieszkali razem. Co chwilę się kłócili, a gdy przychodziłeś ich odwiedzać, trzeba było uważać, żeby nie dostać jakimś latającym talerzem albo nożem. Sąsiedzi parę razy dzwonili na policję w tej sprawie. Nie przeczę, że mieli wspaniałe chwile, ale gdy wchodziły w to prochy... Wszystko zaczynało się sypać. Aż dziwne, że wytrzymali ze sobą ten rok. Mogłabym przysiąc, że gdyby nie Tyler, Joe pozwoliłby jej odejść już dawno temu. 

- A więc nigdy jej nie kochał? 

- Wydaje mi się, że kochał. Ale to bardziej jemu zależało na tym związku. Czasem twoja siostra wyglądała jakby się z nim męczyła. Sądzę, że Joe kochał ją po prostu bardziej niż ona jego. Widziałam to w jego spojrzeniu, zachowaniu w stosunku do niej. Słychać to było w jego głosie. Kiedyś powiedziała mi, że chciałaby móc oddać jego uczucie, ale nie potrafiła. To tak jakby chciała, żeby kochał ją mniej... Sama nie wiem. Nie kochała go tak jak on ją. Żyła chwilą, a przyszłość ją przerażała. I nie wytrzymała.

- Dziwne... - mruknął Sebastian, patrząc na drogę. - Nie mogę w to uwierzyć, że nie ganiał się za innymi przez cały pieprzony rok! Przecież to kurwa Joe pierdolony Perry!

- Ale tak było. Gorzej z Tylerem...

- Wiem, kochanie.

Chłopak wyciągnął rękę i złapał czule dłoń dziewczyny. 

***

Nie jechali długo, bo po godzinie dojechali do zakładu. Wyglądał jak szpital psychiatryczny z jakiegoś horroru. Żelazna brama, wysoki płot i majestatyczny stary budynek główny. Boże, Dylan. Do czego się doprowadziłaś?, myślał Sebastian, wjeżdżając powoli na teren placówki. W dyżurce musieli pokazać dowody, powiedzieć po kogo przyjechali, kiedy się zapisywali i parę innych dziwnych rzeczy. Strażnik jeszcze musiał potwierdzić ich przyjazd, telefonem do centrali i dopiero wtedy wpuścił ich do środka. Wewnątrz co chwila mijali spacerujących ludzi w kitlach i dresach. Niektórzy czytali, inny grali w gry, jeszcze inni po prostu siedzieli. 

- Jezu... - mruknął, parkując przed głównym wejściem. Gdy wyłączył silnik, całe jego ciało jakby odmówiło posłuszeństwa. Blondynka to zauważyła.

- Wszystko dobrze, kochanie - powiedziała spokojnie. - Jestem tu z tobą. Chodź. Nie dajmy Rosalie czekać. I tak spędziła tu już za dużo czasu.

Pocałowała go w policzek i wysiadła. Sebastian odetchnął głęboko, po czym podążył jej śladem. Stanęli przed schodami do zakładu, patrząc na jego mroczny majestat. 

- Kurwa... Stoję tutaj tylko jako transport siostry a już się boję.

Złapał blondynkę za rękę i razem weszli do środka. Od razu powitała ich szarość ścian i równie obojętne twarze pracowników. Podeszli niepewnie do 'recepcji', gdzie rezydowała mała kobiecina po pięćdziesiątce z przedziwnym kokiem na głowie.

- Słucham? - spytała nawet nie podnosząc głowy. Bez przerwy przekładała papiery. - Godziny odwiedzin już się skończyły.

- Ale my jesteśmy po odbiór mojej siostry - powiedział Sebastian nieco zbity z tropu. Odbioru. Ty, idioto. Zupełnie jakby Dylan była towarem, zganił się w myślach, jednak pani recepcjonistka nie zareagowała na jego słowa. Poprawiła okulary i spojrzała na parę. Przez jej twarz przeszedł grymas zdziwienia, aż w końcu wygięła usta w szczerym uśmiechu.

- Trzeba było tak od razu! Państwo pewnie przyjechali po Rosie. Proszę tutaj. Usiądźcie. Zaraz zadzwonię do doktora Freemana - mówiła, wskazując ławkę obok recepcji. I zanim Sebastian zdążył zareagować, dodała:

- Jesteście do siebie tak podobni, że nie sposób jest się pomylić. Tylko te włosy są jakieś inne.

I momentalnie podniosła słuchawkę telefonu. Sebastian spojrzał zaskoczony na dziewczynę. Ta wzruszyła ramionami i poszli usiąść na wskazaną wcześniej ławkę. Jednak chłopak nie wytrzymał długo. Musiał wstać i zacząć chodzić w tę i z powrotem niespokojny jak lew w klatce.

- Długo jeszcze? - rzucił, przeczesując palcami włosy. Oparł dłonie na biodrach, nie zatrzymując się.

- Przecież dopiero usiedliśmy. Spokojnie - uspakajała go blondynka, ale na nic się to zdało. Sebastian nawet jej nie słyszał. Bał się. Bał się tego, co zobaczy za chwilę. Czy Rosie z zakładu będzie tą samą Dylan co przed odwykiem? Miał nadzieję, że tak. Inaczej nigdy nie wybaczy sobie tych wszystkich złych rzeczy, których na nią sprowadził. Gdyby z nią został tamtego wieczoru zamiast urządzać jej przedstawienie wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej. Byłaby w domu, pomyślał, obracając się nerwowo na pięcie.

- Kochanie? - usłyszał głos swojej dziewczyny jakby z oddali. Drgnął i spojrzał na nią. Jednak okazało się, że ta w ogóle na niego nie patrzy. Kierowała za to swój wzrok za coś za jego plecami. Była jak zahipnotyzowana. Zmarszczył brwi, po czym odwrócił się, by móc zobaczyć to, co ona. 

- Sebastian.

Teraz usłyszał jej głos wyraźniej niż kiedykolwiek. Nie było nic bardziej rzeczywistego niż ten dźwięk. Stała przed nim czarnowłosa dziewczyna z rozpuszczonymi włosami do pasa. Ubrana była w przydługi luźny sweter do połowy ud, a nogi niknęły w znoszonych trampkach. Sebastian widział, że schudła. Była połową dawnej siebie. Aż cud, że jeszcze stała o własnych siłach. Wyglądała żałośnie i równocześnie pięknie. Piękniej niż kiedykolwiek. Chłopak uśmiechnął się, starając się powstrzymać łzy. Rosie zrobiła dokładnie to samo. Tylko Sebastian posunął się o krok dalej i podbiegł do siostry, łapiąc ją wpół i przyciskając do siebie z całej siły. Właściwie czuł się jakby tulił sam siebie. Dylan była okropnie wychudzona.

- Jezu! Tak mi przykro!

Dziewczyna oddała uścisk, ale nie tak silny jak jej brata. Sebastian płakał, a Rosie tylko leciały w ciszy po policzkach łzy. Po dłuższej chwili oboje się uspokoili, a czarnowłosa zwróciła swój wzrok na stojącą za plecami brata dziewczynę. Ta również płakała. Widząc spojrzenie Rosalie, szybko otarła twarz wierzchem dłoni i uśmiechnęła się. Widać było, że walczy sama z sobą czy podejść czy czekać, jednak nie wytrzymała i podbiegła do pary, by ogarnąć ich ramionami. 

- Chodź, siostrzyczko - powiedział lekko drżącym głosem Sebastian, po czym złapał jedną ręką dłoń Rosalie, a drugą jej torbę i skierował się do wyjścia. Ta szła za nim potulnie w kompletnej ciszy. Chłopak błagał w myślach, żeby się odezwała, ale postanowił być cierpliwy i dać dziewczynie trochę czasu. Musi odetchnąć. W końcu odwyk nie był najgorszą rzeczą jaka ją spotkała... Właśnie. Nie miał pojęcia czyja to była wina. Kto był odpowiedzialny. Steven? Duff? A może sam Joe Perry? Nie miał pojęcia. Dopóki Dylan będzie milczała, miał bić się sam ze swoimi domysłami. Tylko ona znała prawdę. Gdyby jego dziewczyna coś by wiedziała, zaraz by mu to powiedziała. Teraz tylko musiał czekać na rozwój wypadków. Zdarzyło się to podczas pierwszego nieudanego pobytu dziewczyny w zakładzie. Gdy zadzwonił do niego lekarz Rosalie i przekazał mu te niesamowite wieści, w pierwszej chwili chłopak się roześmiał. Potem chciał znaleźć człowieka odpowiedzialnego za stan jego siostry, ale na końcu się ucieszył. Następnym razem, gdy odebrał telefon z uśmiechem na ustach, później bał się podnosić słuchawkę. Nie wiedział jak Dylan to przeżyła, ale on nie mógł spać przez kolejne miesiące. 

Spojrzał na siostrę. Bez słowa weszła do samochodu, nieobecna przypominająca bardziej ducha niż człowieka. W końcu dowie się, kto ją skrzywdził. Obiecał to sobie, ale i Dylan. 

Wsiadł bez słowa do środka, po chwili weszła blondynka. Rosalie siedziała cicho z tyłu, wpatrując się w obraz za oknem. Wyjechali. Nic się nie działo przez dobre półtorej godziny, dopóki nagle nie odezwała się czarnowłosa przyciszonym jakby wystraszonym głosem:

- A gdzie reszta?

- Jaka reszta? - spytał Sebastian, ale dostał od blondynki z łokcia i ugryzł się w język. Dziewczyna rzuciła mu wrogie spojrzenia, na które odpowiedział niemym 'No co?!'. Kazała mu siedzieć cicho.

- Nie mogli przyjechać, skarbie.

- Aha... - odpowiedziała Rosie i dalej kontynuowała podziwianie przyrody. Jednak dało się wyczuć smutek. Sebastian zastanawiał się czy siostra miała na myśli Stevena i całą zgraję, Perry'ego, Erin czy może po prostu nieświadoma obecnej sytuacji spytała, żeby przerwać ciszę. 

- Jak przyjedziemy, zrobię ci twoje ulubione ciastka cytrynowe. Co ty na to, kochanie? - Blondynka przerwała kolejne minuty niezręcznego milczenia.

- Jak chcesz, Claire.

środa, 13 sierpnia 2014

Like A rolling Stone - Part 13



- Wiesz co jest nie tak z tym światem?

- No co?

- To,  że ludzie, każda pieprzona osoba jest tak cholernie niemiła dla drugiej. Nie rozumiem tego. Kontrola. Osądzanie. Cholerne społeczeństwo! Pierdolone społeczeństwo! Same fiuty!

-  O jakich ludziach mówimy?

- No, wiesz, rodzice, hypokryci, politycy, wszystkie te chuje.

- Nie przesadzasz zbytnio? Już powoli zaczyna siadać ci na mózg. Nie jest za dobrze babrać się w tym syfie. 

- Dlatego najlepiej zostać buszmenem. Tam przynajmniej nikt nie będzie kazał ci co robić.

- A teraz ktoś ci każe? Nie marnuj czasu na takie badziewie. 

Izzy z Bachem stali przed domem i palili papierosy jeden po drugim. Sebastian przybył z wiadomością dwa dni wcześniej i do tego ranka nic nie zrobili prócz porządnego pijaństwa. Obaj ze Stradlinem obudzili się jako pierwsi, więc skorzystali z chwili spokoju, by w ciszy zapalić. Jednak drzwi Hellhouse nagle się otworzyły i stanęła w nich jasnowłosa Debbie. Luźna koszulka Blondie nie zasłaniała w pełni jej biustu czym przykuła uwagę dwójki maruderów. Dziewczyna popatrzyła na nich przez chwilę.

- Będziecie tak stali czy któryś da mi fajkę? - powiedziała lekko władczym tonem, podchodząc bliżej. Izzy tylko uśmiechnął się pod nosem, zostawiając zaszczyty Sebastianowi. Ten dosłownie ślinił się na widok Adler. Deb podziękowała gestem, po czym odchyliła się, by wypuścić dym. - Nie mogłeś zostać trochę dłużej? - rzuciła nie wiadomo do kogo. Jednak Bach zrozumiał aluzję. Dziewczyna zaakcentowała to w idealny sposób. Wczoraj długo razem  pili i pewnie gdyby nie Slash, który zabrał dziewczynę do kuchni, żeby zrobiła kociołek Panoramiksa, pewnie zaciągnąłby ją do któregoś z pokoi. Uśmiechnął się pod nosem i już chciał odpowiedzieć, gdy uprzedził go Stradlin:

- Nie dało się słuchać tej jęczącej kurwy Slasha za ścianą. Aż dziwne, że nie słyszałaś.

- Spałam jak zabita - mruknęła blondynka, uśmiechając się zadziornie do czarnego. Chłopak tylko złapał ją w pół i przyciągnął do siebie, po czym wessał się w jej usta. Bach stał obok i nie mógł uwierzyć w to co widział. Co do ciężkiej cholery?! ‎Musiał wyglądać jak totalny idiota, bo dziewczyna rzuciła tylko:

- Zamknij tą paszczę, Bach.

Usłuchał, ale nadal patrzył na dwójkę ludzi przed sobą jak na kosmitów. 

- To wy... znaczy, no... Tego... Jesteście razem? - spytał w końcu, ale pytanie zabrzmiało jak uderzenie dzwonu bez serca. Głuche i stłumione w sobie. Kurwa. A już zapomniał o tej bogini Tylera i miał plany wobec uroczej siostrzyczki Adlera, ale nawet ją mu odebrali. Kto? No, proszę jebany Stradlin. Nudziarz, zaćpany do granic możliwości gitarzysta rytmiczny! Jebane gówno! Nie ma sprawiedliwości na tym jebanym świecie! Debbie i Izzy momentalnie popatrzyli na niego, a Sebastian poczuł jak kurczy się sam w sobie. Gdyby mógł, uciekłby stamtąd jak najszybciej. 

- Tak tylko seksimy - mruknął Stradlin.

- A ty wara powiesz o tym Stevenowi lub komukolwiek innemu! - zagroziła Deb, jednak nie zdążyła dokończyć groźby, gdy z domu wyszedł a właściwie wypadł McKagan. Przystanął, by zbadać podwórze, a gdy zobaczył grupę, skierował się wolno w ich stronę. Wyglądał okropnie. 

- Siema - mruknął na powitanie, po czym plasnął sobie dłonią prosto w twarz. Rozmasował jedno oko, ale potem jakby się rozmyślił i wrócił z powrotem do środka. 

- Jezu! Co z nim? - zapytał Bach, starając się odwrócić uwagę od swojej osoby. - Jeszcze chyba takim go nie widziałem. 

Debbie i Izzy popatrzyli na siebie wymownie i nic nie odpowiedzieli. Sebastian nie mógł siedzieć cicho, więc rzucił jeszcze:

- McKagan wczoraj dupczył jak wściekły. Powinien być zadowolony. Popcorn wyautowany, więc ma więcej dla siebie. A przecież o to chodzi. Wiecie, że sperma działa antydepresyjnie? Ciekawe kto przeprowadzał taki eksperyment. Pewnie jakiś zbok z ssącą mu fiuta dziwką. Pojebane jest to...

- Oh, zamkniesz się w końcu?! - przerwała mu Debbie, nie mająca zamiaru wysłuchiwać rozkmin Bacha. Blondyn był jej przyjacielem, ale teraz niemiłosiernie ją wkurwiał. Sebastian umilkł, ale wyglądał tak jakby zaraz miał się udusić. Trudno mu było siedzieć cicho. Chłopak zagryzł wargi i zmarszczył brwi byle tylko nic nie mówić. Deb szturchnęła Stradlina, żeby też popatrzył na starania Bacha, które wyglądały komicznie. Wyglądał jak nałogowy palacz, powstrzymujący się przed kaszleniem. Dziewczyna ukryła twarz w ramieniu Izzy'ego, dławiąc śmiech. Ale Sebastian i tak ją usłyszał.

- Kurwa! Tak się nie da! - wrzasnął blondyn z zamiarem nawrzeszczenia na śmiejącą się dwójkę, ale zrezygnował i za chwilę śmiał się z nimi. 

- Popierdoliło cię?! Jesteśmy zespołem!

Głośny krzyk dobiegł ich nagle ze środka Hellhouse. Cała trójka spojrzała w stronę drzwi, nasłuchując.

- Długo jeszcze zamierzasz zdychać?! 

- Odpierdol się, zdrajco jebany! Wszystko kurwa przez ciebie!

- Ogarnij dupę, fagasie! Nie tknąłem jej! A ty byś kurwa mógł ruszyć zad i zainteresować się czymś! Mamy niedługo koncert!

Reszta wrzasków została zagłuszona przez ciąg harley'ów, które jak na złość akurat przejeżdżały obok. Gdy hałasy ucichły, nikt się już nie kłócił. Cała trójka mogła za to podziwiać Stevena, który dosłownie wybiegł z Hellhouse i pobiegł w dół ulicy. 

 ***

Obudziła się. Jak zwykle była lekko niewyspana, ale zdążyła już do tego przywyknąć. Im dłużej przebywała z zespołem tym coraz mniej pamiętała z dawnego życia. Nie umiałaby już żyć w tym zwykłym szarym świecie. Usłyszała, że ktoś za nią przesuwa się na łóżku. Zerknęła. Zobaczyła gołe plecy i ciemne włosy. Pocałowała mężczyznę w czubek głowy, czując w nozdrzach znajomy zapach.

- Oj, kochanie - mruknęła, ubierając luźną sukienkę bez ramiączek. W pokoju panował niesamowity zaduch, więc przeszła na drugą stronę i otworzyła okno. Od razu do środka wpadł zapach porannego Los Ageles. Kochała to miasto. Kochała to co jej dało. Kochała jego mieszkańców. A szczególnie jej dzisiejszego towarzysza. Spojrzała na niego jeszcze raz, po czym wyszła z pokoju. Nie zamykała drzwi tylko od razu zbiegła cicho po schodach do sali prób. Po drodze jednak jeszcze przykryła kocem Hamiltona z dziewczyną, której nie znała. Spali pod ścianą złączeni w uścisku. 

- Kiedy zmądrzejesz, bracie? - spytała samą siebie, patrząc na basistę. Jednak po chwili odwróciła się i przemknęła do schodów ukrytych za garderobą. Po cichu zeszła na dół. Drzwi były uchylone. Nikt nigdy nie zamykał sali prób, więc nie zdziwiło jej to ani trochę. Weszła do środka. Zapaliła światło. Z mroku wyłoniły się instrumenty i dwa ciała. Rozpoznała je bez większego problemu. W końcu jedno z nich należało do Perry'ego, a drugie Rosalie. Mimo, że poznała ją dopiero dzień wcześniej, zdążyła ją polubić. A wręcz pałała do czarnulki matczynym instynktem. Gdy przyszła do baru, gdzie umówiła się ze Stevenem, widziała ją w kącie z przyjaciółką. Potem wrzeszczał na nią ten popierdolony blondyn, który chciał postawić jej drinka. Gdyby nie Joey pewnie coś by jej się stało. Kramer nieźle mu walnął. Blondyn stracił przytomność na miejscu. Rosalie krzyczała na perkusistę bez powodu i chciała nawet zająć się tym damskim bokserem, ale Joe ją wyprowadził. Teraz leżeli przed nią przytuleni do siebie, dziwnie spokojni. Gdyby nie to, że byli kompletnie naćpani pomyślałaby, że pięknie razem wyglądają. 

- Perry, ty gnoju! - rzuciła do nieprzytomnego gitarzysty i chlasnęła go z otwartej dłoni w policzek. Nie zareagował. Westchnęła. Z nim nie dało się nic zrobić. Przeniosła więc uwagę na Rosalie. Dziewczyna leżała na Joe. Claire podniosła jego rękę, którą ją obejmował i zaczęła delikatnie podnosić Rosie. Szło jej lepiej niż przypuszczała. Gdy przewlekła czarną na fotel, wzięła jakąś miskę z podłogi, nalała zimnej wody i zamachnęła się. 

- Kuuuurwaaa!

Rosalie krzyknęła tak głośno i przeraźliwie, że Claire musiała zasłonić sobie uszy dłońmi. Czarna gwałtownie skoczyła na nogi, ale momentalnie upadła z powrotem na fotel, cichnąc. Po pierwszym szoku wpatrywała się w Claire z miną przestraszonego szczeniaka. Trzymała się kurczowo oparć, wbijając w nie palce tak mocno, aż jej zbielały. Uff... Nawet dobrze poszło, pomyślała blondynka, odgarniając włosy z twarzy. Jak się również spodziewała Perry mruknął tylko coś przez sen i przewrócił na drugi bok.

- Za godzinę się tobą zajmę - mruknęła w jego stronę, ale zaraz spojrzała znowu na Rosalie. Cała mokra i przestraszona, z oczami jak spodki od herbaty wyglądała żałośnie. Coś poruszyło się w sercu Claire. Uśmiechnęła się z politowaniem i łagodnie powiedziała:

- Chodź ze mną, kochanie.

Rosie nie poruszyła się. Claire uznała to za zgodę, więc zerwała z Joe koc i okryła nim dziewczynę. Później pomogła jej wstać, przeprowadziła wolno przez salę prób, schody, aż w końcu dotarły do łazienki. Pięknie, pomyślała dziewczyna, widząc rozwalonego Brada. Leżał na podłodze, ale wystarczyło, że blondynka go kopnęła a ocknął się i wyczołgał na zewnątrz. Claire zaczęła przygotowywać Rosalie do kąpieli. Napuściła gorącej wody, dodała jakiegoś olejku, rozebrała ją i wepchnęła do wanny. Czarna pozwalała jej na wszystko. Zachowywała się jakby była nieświadoma tego co dzieje się dookoła. Albo po lobotomii, Claire skrzywiła się pod nosem. To nie było dla niej nic nowego, ale jeszcze nigdy nie zajmowała się naćpaną dziewczyną. Najwyżej takowe wywalała z łóżek członków zespołu. Robiła dużo dla Stevena i reszty. Mówili, że to ona jest ich prawdziwym managerem. Pilnowała, żeby na nagrania byli trzeźwi, wysyłała na wywiady, odbierała rzeczy z pralni. Była ich mamą. Zajmowała się nimi wszystkimi, gdy było dobrze, a gdy było źle robiła to z podwójną starannością. Jednak mimo to nie narzekała. Trudno było wytrącić ją z równowagi. 

Westchnęła. 

Wylała trochę szamponu na gęste włosy Rosie i zaczęła je myć. Robiła to już automatycznie. Ile razy ogarniała w ten sam sposób Tylera, Joe, Brada, Toma czy Kramera. Zmywała pianę z czarnych loków, gdy usłyszała ledwo niedosłyszalny szept swojej podopiecznej. 

- Co mówisz, kochanie? - spytała, ale dziewczyna w ogóle jej nie słyszała, więc Claire nachyliła się, żeby rozpoznać słowa.

- Sebastian... Sebastian...

Rosie powtarzała to imię w kółko jeszcze po wyjściu z wanny.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Lika A Rolling Stone - Part 12


Rosalie otworzyła oczy. Jak za mgłą zobaczyła raz, dwa, trzy pary oczu, a potem reszte twarzy. Wszystkie schylały się nad nią, a ich właściciele uporczywie się w nią wpatrywali. Zmrużyła oczy i potarła je dłonią. Po chwili obraz zaczął wracać do normy. Zobaczyła Erin, Claire i jeszcze kogoś. Mężczyznę. Znała go, ale nie miała pojęcia skąd. 

- O, Bożeno... Ale masz wielki nos - mruknęła na wpół śpiąco, by po chwili mocno ziewnąć. 

- Głupia! Dobrze, że się obudziłaś! - Usłyszała głos Erin, a po chwili poczuła mokry pocałunek na policzku i znajome perfumy. Nieprzytomnie skierowała wzrok na dziewczynę.

- Czemu głupia? - spytała. Jednak przed poznaniem odpowiedzi musiała wstać. Czuła się niekomfortowo, leżąc tak bezczynnie przed nimi. Podparła się na łokciach, ale zaraz tego pożałowała. Zakręciło jej się w głowie i zamiast stanąć na nogi, przeturlała się na fotel, stojący tuż obok łóżka. - O, kurwa! - wyrwało jej się, gdy próbowała ogarnąć gdzie jest góra a gdzie dół. 

- Czekaj. Pomogę ci. - Miękki męski głos sprawił, że przez ciało Rosalie przeszedł niekontrolowany dreszcz. Próbowała zrzucić to na swój stan, ale nie mogła pozbyć się dziwnego uczucia, które mówiło coś o tym gościu. Coś. Tylko co do cholery? I skąd ja go znam?!, pytała w myślach, próbując przypomnieć sobie cokolwiek z dnia poprzedniego. Ale im bardziej się starała tym wspomnienia zdawały się oddalać, aż powoli jedno po drugim znikały.

Ktoś się roześmiał i pomógł stanąć. Silny, ciepły uścisk. Hm... Miło, pomyślała, uśmiechając się pod nosem.

- Lepiej?

Podniosła wzrok i momentalnie przypomniała sobie skąd znała tego faceta. Długie ciemne włosy nieco zasłaniały jej widok twarzy, ale i tak wiedziała już kto to. Trochę ją zamurowało, ale nie na długo. Wyprostowała się, łapiąc jego ręce, które ciągle leżały na je talii i uwolniła się z uścisku. 

- Dzięki - powiedziała wyzywająco, stojąc naprzeciwko Joe. - Zdecydowanie obejdę się bez pomocy. Rose tak w ogóle - mruknęła i wyciągnęła rękę w stronę gitarzysty. Perry zmierzył ją od góry do dołu i tak kilka razy zanim leniwie podał dłoń. 

- Perry. Mogę ci powiedzieć coś niedyskretnego?

Rose spojrzała na niego pytająco, ale on był zbyt zajęty gapieniem jej się w biust. Westchnęła. Podniosła mu twarz do góry i pokazała, gdzie ma patrzeć.

- Tu mam oczy! - rzuciła, jednak nie doczekała się odpowiedzi, bo drzwi pokoju gwałtownie się otworzyły, a do środka wparował nie kto inny jak Steven Tyler w płaszczu w panterkę i różową apaszką na głowie. Z nikim się nie przywitał tylko podszedł prosto do Claire i momentalnie ją pocałował. Cóż. Dla Rosalie nie był to pocałunek, a zamiar pochłonięcia jej przyjaciółki. Oboje wessali się tak mocno w siebie nawzajem, że czarnej było, aż głupio patrzeć. Udawała, że podziwia wnętrze. Jednak Tyler atakował usta Claire tak głośno, że nie dało się skupić na czymkolwiek innym. Na pewno ją połknie przez te wielkie usta i nawet tego nie zauważy, pomyślała, obserwując przedstawienie. Dokładnie w tym samym momencie usłyszała za sobą śmiech, zupełnie jakby Perry czytał jej w myślach. I chyba tak było, bo patrzył na nią jednoznacznie.

- Co? - warknęła niezbyt miło.

- Szkoda, że nie widziałaś swojej miny. 

Rosalie zgromiła go wzrokiem, więc Joe podniósł ręce w obronnym geście i zaczął pchać ją w stronę wyjścia. Dziewczyna chciała zaprotestować, ale Erin podążała ich śladem, więc nie miała wyboru. Dała sobą kierować jeszcze przez długi ciemny korytarz, coś co wyglądało jak salon, schody w dół i wreszcie ich wycieczka się skończyła. 

- Ciemno jak w dupie - skwitowała, ale coś pstryknęło i z czeluści zaczęły powoli wyłaniać się instrumenty. Pełno gryfów, pałeczek, mikrofonów, kolumn, odsłuchów, kaczek i mikserów. Zbyt dobrze znała ten świat, żeby przejść między tym całym sprzętem bez jakiegokolwiek uczucia. Podeszła do najbliższego basu i delikatnie przejechała dłonią po strunach. Potem zrobiła to samo z mikrofonem. Chodziła tak pomiędzy instrumentami zupełnie jakby witała się ze swoimi dziećmi. Ostatnim przystankiem była perkusja. Rosalie stała wgapiona w bębny przez dobrą chwilę. Nawet nie zwróciła uwagi na Erin, która pożegnała się szybko, tłumacząc się spotkaniem. Axl, przeleciało Rosie przez głowę intuicyjnie.

- Tylko wrócisz dziś na noc? - spytała na odchodnym, patrząc podejrzliwie na Joe.

- Tak, tak. Pewnie. Kupię wino - mruknęła Rosalie, nie patrząc w stronę dziewczyny tylko podeszła do perkusji i usiadła na stołku. Czuła się jak totalna pierdoła. Gorzej. Nieudacznik. Nie wiedziała, gdzie jest, jak tu trafiła, ani który mają dzień tygodnia. Porażka. Starała się robić dobrą minę do złej gry, ale wiedziała, że już dawno się przeliczyła. To było silniejsze od niej. Kurwa! Próbowała to zapić, zaćpać, ale nic nie pomagało. Tylko popadała w coraz większego doła. Długo nie chciała się przyznać do powodu. Ale teraz nie miała wyjścia. Nie powinna tęsknić za Stevenem, ale wszystko w tym pierdolonym LA przypominało jej Popcorna. Ulice, bary, znajomi, muzyka, nawet wino. A teraz jeszcze to. Popatrzyła krzywo na kocioł i nagle poczuła przypływ nieograniczonej złości. Złapała bęben obiema rękami i cisnęła nim o ścianę. 

- Ty chuju! - wrzasnęła i momentalnie złapała talerz. Pociągnęła z całej siły i rzuciła przed siebie. - Jak... - Tym razem poleciał werbel. - Mogłeś... - Stojak bębna. - Mi... - Ride trafił w kanapę zagłuszając dźwięk uderzenia. - To... Zrobić?!

Zapomniała o Perrym, który do tej pory tylko ją obserwował, ale gdy talerz uderzył w ścianę tuż nad jego głową, postanowił powstrzymać tę furiatkę zanim zrobi komuś krzywdę. Jednak trochę to trwało. Rosalie odrywała części perkusji po elemencie, powodując największe nieziemski hałas. I chujowe szkody od czasu kurwa Potopu, pomyślał, próbując dotrzeć do dziewczyny. Gdy ją zobaczył pierwszy raz, nie sądził, że ta delikatna piękność może tak się wkurzyć. I nie musiał pytać na kogo. Robiła taki burdel, że ledwo słyszał własne myśli. Co chwilę krzyczał, żeby się uspokoiła, ale w zamian dostawał pałeczkami albo innymi częściami perkusji. 

- Cholerne gówno! - Usłyszał, a po chwili tuz przed nosem przeleciała mu stopa.

- Pierdolona kurwa!

Nie zdążył się odwrócić, gdy kocioł dosłownie walnął go w twarz. Joe złapał bęben, ale nie utrzymał równowagi i poleciał do tyłu razem z instrumentem. Poczuł ból w plecach, a sufit zaczął się kręcić. Po chwili do obrazu dołączyła zmartwiona twarz Rosalie. Latała dookoła niego zupełnie jakby był w pralce, a dziewczyna doglądała swojego prania. 

- Tak bardzo przepraszam! - powiedziała, a jej głos mówił, że była naprawdę przestraszona. - Ja... Nie wiem co we mnie wstąpiło. Ja... No, nie chciałam. Wszystko z tobą w porządku? Ile widzisz palców?

I wepchnęła mu pod nos dłoń. Joe starał się zliczyć te wszystkie palce dookoła, ale nie pierdolnęło go, aż tak, żeby nie wiedział, że jedna dziewczyna nie może mieć pięciu rąk. 

- Pięć? - mruknął zdezorientowany.

- Też dobrze. Chodź - odetchnęła Rosalie, pomagając mu wstać. Posadziła go na kanapie i klęknęła przed nim, opierając łokcie na kolanach Perry'ego. Przez cały czas obserwowała Joe czy aby na pewno wszystko z nim w porządku i za chwilę nie straci przytomności. - Czegoś ci potrzeba? - spytała, widząc, że wraca do siebie. 

Perry odgarnął fale z czoła i spojrzał na dziewczynę. Widział troskę w jej oczach i wiedział, że teraz łatwiej będzie ją wykorzystać. Oj, sama będzie chciała, uśmiechnął się w myślach i wskazał jej półkę przy drzwiach.

- Po lewej jest puszka. Przynieść ją.

Usłuchała. Perry wyjął woreczek, na czarnym stoliku usypał dwie kreski i zwinął studolarówkę, którą nosił w tylnej kieszeni spodni w rurkę. Podał ją Rosalie.


- Smacznego, dziecinko.

Lika A Rolling Stone - Part 11

- Idziemy do Roxy. Idziesz z nami?

Duff stał w drzwiach i patrzył na perkusistę wyczekująco. W jego głosie dało się usłyszeć współczucie, jednak blondyn jak leżał na podłodze tak został. Nie odpowiedział ani się nie poruszył.

- To już prawie tydzień - szepnął Duffowi Slash, zaglądając do pokoju, ale widząc jego stan szybko wrócił na korytarz. Tak. Już tydzień, pomyślał basista, nie ruszając się z miejsca. Skupił się jeszcze raz na perkusiście. Steven leżał na środku pokoju z rozrzuconymi nogami i rękoma, wgapiając się tępo w sufit. Dookoła niego były porozrzucane ubrania poszarpane na strzępy, części perkusji, zgniłe jedzenie i wiele innych niezidentyfikowanych przedmiotów. Steven leżał i się rozkładał. Niezależnie od pory dnia i nocy, gdy ktoś wchodził, by sprawdzić czy blondyn żyje, zastawał dokładnie ten sam widok. Steven od tygodnia ani razu nie wychodził z pokoju. Nikt nie wiedział czy jadł cokolwiek albo gdzie się załatwiał. Zupełnie jakby wpadł w jakiś dziwny trans, z którego nikt nie mógł go obudzić. Nawet nie słuchał muzyki.

- To jakby co wracamy za dwie godziny - rzucił na odchodne Duff, ale znowu odpowiedziała mu cisza, więc wycofał się na korytarz i zamknął drzwi. Westchnął. Przy wyjściu z Hellhouse czekało na niego niezłe stadko znajomych gotowych na wspólny melanż jednak Duff nie był pewny czy ma do tego humor. Gdy wyszedł, wszyscy oczekiwali, że coś powie.

- Nic się nie zmieniło - mruknął, a ludzie pokręcili głowami i odwrócili się w stronę ulicy. Duff ruszył z nimi, ale po chwili wycofał się na sam koniec pochodu. A musiał się nieźle natrudzić, uciekając przed napalonymi dziewczynami, których było tam chyba cztery razy więcej niż przedstawicieli płci przeciwnej. Te widząc, że nic nie wskórają, odpuściły i zajęły się resztą chłopaków. Blondyn mógł zająć się swoimi myślami. A miał nad czym się zastanawiać. Dobra, McKagan. Jeszcze raz: przespałeś się z dziewczyną swojego przyjaciela i to nie pierwszy raz. Zostawiła go, a Steven teraz pokutuje, dopóki jakimś cudem ona do niego nie wróci. Na co się nie zapowiada. A skoro perkusista zajebał na tydzień to znaczy, że nici z prób. Jeśli nie będzie prób nie będzie koncertów. Wspaniale, McKagan. Jesteś popierdolonym geniuszem!

Blondyn kopnął z całej siły butelkę leżącą na chodniku, trafiając tym samym idącego przed nim Slasha. Uderzenie nie było poważne, bo wszystko zamortyzowały włosy Mulata.

- Co jest do chuja?! - Odwrócił się do basisty, ciągnąc za sobą jakieś dwie lekko wstawione dziunie. - O co ci chodzi, stary? - zapytał, widząc wkurwionego blondyna.

- Nic. Chodzi o Stevena - odparł, wzruszając ramionami. - Po prostu nie wiem co zrobić, żeby go wyciągnąć z tej jego Dziury Śmierci.  Może gdyby udało się namierzyć Rosa...

- Nie ma co! - urwał Slash. - Lubiłem ją, ale okazało się, że to zwykła zdzira. Niepotrzebnie kurwiła się z Axlem, a teraz przez nią perkusista nam się zaszurał na pierdolony tydzień.

- Nie kurwiła się z Axlem, czarnuchu! - wybuchnął Duff i walnął Slasha z pięści prosto w twarz. Mulat zachwiał się, ale nie przewrócił. Był zbyt zszokowany, żeby oddać blondynowi. Albo zbyt naćpany, pomyślał Duff, krzywiąc się przy obserwowaniu zataczającego się chłopaka. Gdyby nie dwie dziewczyny po jego obu stronach, Slash pewnie leżałby na chodniku, nie mogąc wstać.

- Wyluzuj, debilu - mruknął czarny i nieco zgaszony, odwrócił się zbity z tropu.

- Nie wkurwiaj się na niego.

Duff usłyszał znajomy głos po prawej stronie, ale ciągle patrzył na oddalające się plecy Slasha.

- Nie ma o czym gadać! - uciął, zerkając na Debbie i podążając w ślad za resztą zespołu. Blondynka nie przejęła się jego reakcją tylko dreptała za nim krok w krok, podbiegając co chwila. Aż do baru nikt się z ich dwójki nie odzywał. Słyszeli tylko od czasu do czasu rzucone głośniej przekleństwo kogoś z gromady przed nimi.

Po około piętnastu minutach zasiadali już w barze przy stoliku. Wszyscy prócz Duffa byli oblegani przed dziewczyny. Nawet Izzy siedzący gdzieś w kącie załapał się na jakąś farbowaną rudą. McKagan usiadł przy oddzielnym stoliku bliżej wyjścia i nie dał się namówić na dołączenie do reszty. Debbie, siedząca koło Slasha, patrzyła współczującym wzrokiem na blondyna. Chciała mu pomóc.  Nie wiedziała jeszcze jak, ale liczyła na swoją wyobraźnię. Najlepiej byłoby gdyby udało jej się z nim porozmawiać, a potem złapać jakoś Rosalie. Taaak... Ta dziewczyna to istny wulkan jak się okazuje, pomyślała, poprawiając grzywkę. Odczekała dziesięć minut zanim zabrała popielniczkę, jedną tanią wódkę ze wspólnego stołu i podeszła do basisty. Z tym zamyślonym wzrokiem wbitym w budynek za oknem, prezentował się żałośnie. Deb westchnęła, po czym rzuciła się na kanapę.

- Przyniosłam ci coś. - Uśmiechnęła się szczerze i wygodnie usadowiła na swoim miejscu. Zaczepiła przechodzącą kelnerkę, żeby ta doniosła dwie szklanki, a po chwili już rozlewała alkohol. Bez słowa podsunęła takielunek Duffowi. Ten tylko popatrzył na nią i znowu wrócił do oglądania krajobrazu za oknem. - Może byś tak ze mną wypił? - zagadnęła go, starając się zwrócić na siebie uwagę chłopaka. Podsunęła szklankę jeszcze bliżej tak, że ta dotykała jego dłoni. 

- O co ci kurwa Adler chodzi?! - burknął, patrząc na nią gniewnie.


- No, w końcu! Umiesz mówić! Brawo! - zadrwiła dziewczyna, zupełnie nie zwracając uwagi na humor towarzysza. Złapała swoją czystą i podniosła ją na poziom oczu. - A teraz wyśpiewasz mi wszystko co chcę wiedzieć. A wiesz czemu? - kontynuowała, po opróżnieniu szklanki. Widziała, że Duff chciał coś powiedzieć, ale nie dała mu dojść do słowa. - Bo wiem więcej niż ci się wydaje, złociutki. Wiem gdzie byłeś tamtej nocy.


Udała, że nie dostrzegła reakcji blondyna, który na jej słowa podskoczył i patrzył się na nią z szeroko otwartymi oczyma i ustami. Wyglądał co najmniej komicznie, a Debbie nagle uzmysłowiła sobie, że bardzo by chciała, żeby Duffowi udało się z Rosalie. 


- Kurwa - mruknęła pod nosem, gdy wylała czystą na stolik. Myśl o swoim bracie, idiotko!, darła się na siebie w myślach, ale coś kazało jej stłumić ten głos. Niech się jebią oba!, pomyślała i napiła się wódki. Pomogło. - I zamknij w końcu tę japę, bo nie ręczę za siebie! - krzyknęła głośniej niż zamierzała, piorunując Duffa wzrokiem. 

- Już się tak nie denerwuj - powiedział uspokajająco, powoli pozbywając się swojego nostalgicznego zamyślenia. Deb osiągnęła swój cel jednak nie w sposób który miała w planach. Ale nieważne. Dobrze, że w końcu zaczyna gadać. - Wiem, że się martwisz. Wszyscy nie wiedzą co się dzieje ze Stevenem. Niektórzy są bardziej zainteresowani, inni mniej. - Tu rzucił wymowne spojrzenie w stronę dobrze bawiącej się w najlepsze reszty zespołu. 


- Martwię? Ja mam na niego chujowo wyjebane w tym momencie! - rzuciła ostro, ale szybko złagodniała. - Przesadziłam... Ale nie o nim chcę teraz rozmawiać. 

Zapadła chwila ciszy. Debbie patrzyła oczekująco na siedzącego naprzeciwko niej przystojnego blondyna. Czekała. Nigdzie się jej dziś nie spieszyło. Początkowo Duff roześmiał się nerwowo, próbując pozbyć się tego nieprzyjemnego uczucia, które wywoływało w nim spojrzenie dziewczyny. 


- Serio? - spytał, ale nie otrzymał odpowiedzi. - Kurwa, Adler... - mruknął i opróżnił swoją szklankę. Szybko nalał raz i drugi, a potem jeszcze trzeci zanim odezwał się do Deb. - To co chcesz wiedzieć, panno upierdliwa?

***

Sebastian siedział przy barze i marudził nad swoją prawie pustą szklanką. Nie miał pojęcia co tam było najważniejsze, że dawało kopa. Ostatnie dwa tygodnie było istną mordęgą. Gorzej. Było popierdolonym piekłem. Porażką. Jebaną dziurą w chujowym życiu. Odkąd stracił Dylan pił każdego dnia tak ostro jak jeszcze nigdy. Praktycznie nic nie pamiętał. Nawet nie wiedział jak znalazł się w tym barze i ile już tam siedział. Pieniądze na alkohol miał, bo i dlaczego nie pożyczyć od kochanej siostruni nieco mamony. Wiedział, że chowała je w futurystycznej doniczce, którą dostała od Slasha, Iza, Axla i Duffa na dwudzieste urodziny. Tak. Okradał nieobecną siostrę. Nie miał pojęcia gdzie jej szukać. Po prostu jakby wyparowała. Był wszędzie. Nawet u jej byłego. A Steven to niby ciągle jej chłopak?, pomyślał z drwiną. 

Westchnął. Spojrzał na nikłą zawartość swojej szklanki i zrezygnowany podniósł ją do ust. Jednak w połowie drogi zesztywniał. Nie mógł się ruszyć. Zapomniał nawet, że w ogóle jest w stanie wykonać jakikolwiek ruch. Teraz nie było to ważne. On nie istniał. Zresztą jak wszystko dookoła. Był między niebem a ziemią. Od tej chwili widział tylko ją! Ona! Jak to brzmiało! To było wręcz niemożliwe. To nie mogło dziać się naprawdę. Od chwili gdy długonoga szatynka przeszła naprzeciw niego nie spuszczał z niej wzroku, aż do momentu, w którym usiadła po przeciwnej stronie baru. Jej długie proste włosy opadały kaskadami na łabędzią szyję, kontrastując z nieskazitelną białą skórą. Do tego wszystkiego wodziła niesamowicie niebieskimi oczyma po alkoholach wystawionych na półkach za barmanem. Dziewczęcego uroku dodawały jej rozsiane na delikatnej twarzy piegi. Ubrana była równie wyjątkowo. Obcisłe czarne jeansy podkreślały jej krągłości, koszulka tego samego koloru odsłaniała brzuch, a ciemnoniebieska katana z ćwiekami na ramionach i podwiniętymi rękawami dodawała drapieżności. Jedyną biżuterią było srebrne koło na prawym nadgarstku. 

Z trudem przełknął ślinę. Nie miał pojęcia co się z nim stało. Widywał już jej podobne, a nawet lepsze, ale ona... To był inny wymiar. I pewnie inna liga, skrzywił się. Jednak znał swoje możliwości i mógł mieć szansę na zapoznanie się z boską szatynką. Jednak musiał chwilę odczekać zanim zaczepił barmana. Rzucił w niego pieniędzmi i nakazał zrobić każdego drinka, którego ta piękna dziewczyna sobie zażyczy. Gdy barman podszedł do niej, ta uśmiechnęła się, równocześnie zaprzeczając ruchem głowy. Mężczyzna spytał się więc czy coś podać i po chwili odszedł. Dziewczyna rzuciła krótkie spojrzenie na Sebastiana. Gdy ich spojrzenia się spotkały, pokręciła przepraszająco głową i kontynuowała oglądanie trunków. 


Sebastian nie miał czasu, żeby przemyśleć cokolwiek, gdy jakiś facet przytulił się mocno do niej. Chłopak nie mógł oderwać oczu od ramion owiniętych wokół talii dziewczyny. Co to za kurwa frajer jebany?!, krzyknął do siebie w myślach, ale nagle zdębiał po raz drugi w ciągu ostatniej pół godziny. Znał tego frajera! I to nawet całkiem dobrze! Znaczy może nie osobiście, ale nie raz widział go szalejącego na scenie i porywającego tłumy. Kurwa! Bach pedale! Sam byłeś w tym motłochu! Wszędzie poznałby te czarne włosy, głos i nieodłączny wielki uśmiech na twarzy. Teraz patrzył na swojego idola z nienawiścią w oczach jakiej chyba jeszcze nigdy w sobie nie wykrzesał. Tyler. Kurwa jebany Steven Tyler zabrał mu dziewczynę! Nie mógł w to uwierzyć! Już większym pechowcem nie mógł dziś zostać! 

Wkurwiony jak sto pięćdziesiąt błyskawicznie dopił nędzną resztę trunku i praktycznie pobiegł do męskiego. Wpadł do kibla i momentalnie zrzygał się do pisuaru. Na szczęście nikogo tam nie było, więc nie musiał się martwić o swój wspaniały wygląd.

- Kurwa! - warknął, widząc nieco rzygowin na włosach. - No ja pierdolę... Jeszcze kurwa czego? - jęknął żałośnie, zdając sobie sprawę, że życie kopie go dosłownie na każdym kroku. - Za co? - spytał pogryzdane ściany, jednak te nikczemnie milczały, robiąc mu na złość. Wolno zaczął się ogarniać, by w końcu wytoczyć się z łazienki z powrotem do baru. Wtedy też zobaczył ją! Nawet nie zastanawiał się co powinien zrobić tylko wystrzelił prosto w jej stronę. Siedziała spokojnie przy stoliku, rozmawiając z jakąś dziewczyną. On się zbliżał, a ona go nie widziała. Gdy był tuż obok, złapał ją mocno za ramię i szarpnął, ciągnąc w górę.


- Ej! - pisnęła bardziej z zaskoczenia niż bólu. Rzuciła wrogie spojrzenie chłopakowi, ale momentalnie jej oczy zwiększyły się o kilka rozmiarów. - Kurwa, Sebastian! Co ty tu robisz?!

- Ciebie mógłbym spytać o to samo! - wrzasnął na cały bar, nie zwracając uwagi na to, że uwaga wszystkich skupiła się dokładnie na ich dwójce. - Siostrzyczko - syknął na koniec.

Dylan nie wyglądała źle. Mógłby powiedzieć, że nigdy nie wyglądała lepiej. I to go jeszcze bardziej rozjuszyło. Widział, że nie potrzebowała go. A on przez te ostatnie dni nie mógł o niej zapomnieć. Kochał ją i potrzebował. Dlaczego kurwa nie mogła zrobić tego samego dla niego? 

- Puść mnie! Jestem cała, zdrowa i żyję. I mam swoje życie - powiedziała lekko łagodząc ton co dało wręcz odwrotny skutek od zamierzonego. Sebastian dostał fiksacji.

- Masz wracać do domu, do kurwy nędzy!

- Kurwa, Bach! Zostaw ją!

Dziewczyną, z którą rozmawiała Dylan była Erin. Wyglądała na przerażoną. Już chciała interweniować, ale czarna dała jej znak, żeby usiadła. Ta tylko spojrzała na przyjaciółkę błagalnie, jednak usłuchała i obserwowała rodzeństwo z przygryzioną wargą. 

- Gdzie... Gdzie ty do chuja byłaś przez ten cały czas?! Szukałem cię!

- Może powinieneś już iść - niemal szepnęła, łapiąc go za dłoń, ale chłopak szybko się wyszarpnął. 

- Idziesz ze mną! - wydarł się i gwałtownie pociągnął ją za sobą. Dziewczyna krzyknęła. Nawet Sebastianowi zrobiło się słabo. Był to krzyk bólu jakiego jeszcze nie słyszał. Po chwili usłyszał płacz i instynktownie odwrócił się w stronę siostry. Jego dłoń i ramię Dylan były całe zakrwawione. Zapomniał, że ubrał pierścień z kolcami po obu stronach. Widząc grymas na twarzy siostry chciał ją przeprosić, ale nagle poczuł, że ktoś nim obraca. Zobaczył znajomą twarz, pięść, a potem tylko ciemność. 


***

- Ludzie! Kurwa! Pomocy!

- Bach? Co ty tu kurwa robisz?! - Axl patrzył na zalanego blondyna, który właśnie przeczołgiwał się przez ich drzwi. Do tego wszystkiego jego ręka była cała zakrwawiona. Rudy chwilę popatrzył na ten żałosny widok, ale po chwili zbiegli się Slash, Deb i Duff. Izzy spał obok niego na kanapie i nawet nie drgnął. - Tobie kurwa lekarza a nie pomocy, chuju - zadrwił, jednak zgromiony przez resztę, odchrząknął i poprawił się:

- Tak tylko pieprzę...

- Jemu trzeba pomóc! - zawyrokowała Debbie. - Duff. Pomóż mi.

Razem podnieśli umierającego blondyna i posadzili go na kanapie obok Iza, który drzemał w najlepsze błogo nieświadomy. 

- Kurwa, ludzie - mówił zasapany Sebastian zupełnie jakby przebiegł maraton. - Perry... Tyler... Kurwa, ona... - dyszał, nie mogąc złapał oddechu.

- Spokojnie, stary - rzucił Slash, ale za bardzo nie wiedział co robić, więc zapalił peta i oparł się o ścianę, gapiąc się na Bacha. Widząc go w tym stanie było to i śmieszne i tragiczne. Debbie stała tylko obok i jak wszyscy czekała, aż chłopak się uspokoi. 

- Może byś tak od początku wszystko opowiedział - mruknął Axl, zainteresowany co miał z tym wszystkim wspólnego Tyler i Perry. Może to któryś z nich tak ładnie załatwił blondasa, pomyślał, widząc wielkiego sińca na policzku Bacha. Ten powoli zaczynał się uspokajać.

- Po pierwsze znalazłem Dylan - powiedział wolno, a wszyscy prócz Axla i Izzy'ego podskoczyli na tę wiadomość. Też mi kurwa nowość. Przez ten cały czas była u Erin. Pedał, wystarczyło do niej pójść, myślał Rose, przypominając sobie, że Steven wciąż leży w swoim pokoju. I zdycha. 

- Po drugie - kontynuował Sebastian, który już zupełnie doszedł do siebie. - Musimy ją kurwa odbić. Kurwa, poszła z Perrym.

Łączna liczba wyświetleń